poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Ely

Wracając z lotniska po odstawieniu Mamy na samolot postanowiliśmy zatrzymać się na jakieś szybkie zwiedzanie. Padło na Ely - było wymienione jako okoliczna atrakcja turystyczna i było po drodze.

Miasteczko ma 15 tysięcy mieszkańców. Nie jest wcale bardzo słynne ani nie jest wielką atrakcją turystyczną. Ogólnie jest raczej niepozorne.
To co tam zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Dech nam zaparło, mowę odebrało, brew uniosło. Zobaczcie zdjęcia:

Zdjęcia z Ely z opisem



niedziela, 21 sierpnia 2011

zwiedzanie

Po trzech miesiącach spędzonych w Anglii wreszcie nadarzyła się okazja żeby trochę pozwiedzać okolicę. W poprzednią niedzielę przyjechała Mama Maniucha i spędziła u nas cały tydzień.

Odwiedziliśmy Cambridge i Grantham. Zwiedziliśmy też dokładnie Boston, a raczej zrobił to Maniuch z Mamą, w czasie kiedy ja byłam w pracy.

Nasz ogólny wniosek jest taki, że Anglia jest stara i od dawna bogata. Ilość wiekuistych budynków i przedmiotów jest zatrważająca. Miasteczka w Lincolnshire są do siebie ogólnie podobne - składają się z domków z czerwonej cegły i imponującej katedry (lub katedr) z piaskowca. Kościoły są tysiącletnie i są dziełami sztuki. Ciekawostka - mają drewniane sufity zamiast charakterystycznych w Polsce sklepień krzyżowo-żebrowych. Ogólnie wszystko jest ładne i zadbane, a okna, drzwi i fasady są świeżo pomalowane. Trawniki natomiast są idealnie przycięte, miękkie i zieloniutkie. Podoba nam się ten uporządkowany styl.

Cambridge miało inny charakter. Po pierwsze mniej było cegły, a więcej piaskowca, co zmienia zupełnie wygląd miasta, poprzez zmianę ogólnej kolorystyki. Po drugie Cambridge ma charakter raczej uniwersytecko-turystyczny niż mieszkalny. Jest też większe i wyraźnie jest od dawna ważnym ośrodkiem, a nie prowincjonalną mieściną. zdjęcia

W Grantham, poza zwiedzaniem miasta, zaliczyliśmy lokalną atrakcję - Balton House. Zbudowany w 1688 roku luksusowy pałac do dziś cieszy oko bogatym wnętrzem i pięknymi ogrodami. Jest też klasycznym przykładem stylu karoliańskiego -moja znajomość stylów architektonicznych skłania mnie do nazwania go raczej wczesnym stylem klasycystycznym. Był rzeczywiście piękny i interesujący, i wyjątkowo dobrze zachowany. Patrząc na ten (kolejny) przykład dóbr pozostających w doskonałym stanie mimo upływu czasu, znów zadumaliśmy się nad niebywałą stabilnością tego kraju i jego bogactwa - nie było tu od czasów Cromwella żadnej wyniszczającej wojny, przetaczających się w te i z powrotem wojsk ani nagłych zmian przynależności politycznej i ustroju państwa... Dobrze tu mają ci Anglicy :)
zdjęcia

studia, studia i po studiach. a człowiek ciągle głupi

W pracy co raz lepiej. Rozumiem mniej więcej co ludzie mówią, zorientowałam się też z grubsza co i jak się robi w tej aptece, także co raz rzadziej muszę pytać i mam szansę wykazać jakąś inicjatywę. Sprawdzanie recept idzie mi już na tyle sprawnie, że nie robię zaległości, a wręcz nadganiam. Jetem więc z siebie dumna, i czuję się w pracy swobodniej.

Główny problem i wyzwaniem jakie przede mną teraz stoi to nadrobienie braków w edukacji. Niestety mimo wszystkich ciepłych słów, jakie się mówi w Polsce o polskim szkolnictwie wyższym, w rzeczywistości okazuje się, że jego poziom jest zawstydzająco niski. Ilość rzeczy, których nie nauczyłam się na studiach, jest tak duża, i dotyczy tak podstawowych zagadnień, że zwyczajnie wstyd mi za to, że w Polsce byłam uważana za dobrze wykształconą i poinformowaną. Co więcej studia na dobrej przecież uczelni, nie dały mi nawet podstawowej przewagi osoby z wyższym wykształceniem, czyli umiejętności korzystania ze źródeł. Fakt, że w Polsce jest zwyczajnie trudniej o dobre źródła niż tutaj (choćby dlatego, że nie ma BNFu) ale w związku z tym powinno się kłaść szczególny nacisk na nauczenie znajdowania informacji, a nie zaniedbywać tą umiejętność... W skrócie mówiąc, z perspektywy czasu mam co raz gorsze zdanie o własnym wykształceniu i uważam, że uzyskany wynik nie był wart 5 lat studiowania.

Nie płaczę jednak nad rozlanym mlekiem i nie użalam się nad sobą i niesprawiedliwością świata, tylko mam zamiar nadrobić braki.

Czytanie po angielsku idzie mi już całkiem dobrze (szczególnie czytanie literatury branżowej, bo z piękną nadal nie daję rady), także mogę w pełni czerpać z tutejszych zasobów. Mam do zrobienia kilka kursów no i mam BNF, który jest pełen nowych dla mnie informacji. Na razie mi to wystarczy, szukać nowych źródeł informacji mam zamiar nauczyć się w między czasie :)
Kiedy już wiem co chcę zrobić i mam do tego narzędzia pojawia się inny problem. Nie mam czasu.

Na razie podczytuję BNF na przerwie w pracy.

A jeszcze powinnam uczyć się angielskiego...


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

po treningu - jestem farmaceutką

Od czwartku jestem praktykującą farmaceutką w aptece na Forbes Road, czyli w innej, niż byłam szkolona.


Końcówka mojego treningu nie była ani trochę udana. Można wręcz powiedzieć, że była wielką porażką i opóźniła cały proces. W ciągu ostatnich dwóch tygodni powinnam skupić się na głównym zajęciu farmaceuty, czyli na sprawdzaniu recept - wielkim stawianiu haczyków. Program zakłada, że powinnam sprawdzić 1500 pozycji i nie przeoczyć żadnej poważnej pomyłki, takiej jak dawka leku, ilość, sposób dawkowania i data ważności. Mogę popełnić najwyżej 3 mniej poważne pomyłki - jak forma leku, np. jak przeoczę, że na recepcie są kapsułki, a w koszyku tabletki, to to jest taka mniej poważna pomyłka.

Jak już pisałam wcześniej: rola farmaceuty polega na sprawdzaniu, czy wszystko się zgadza i stawianiu haczyków. Wygląda to tak:
1/ Sprawdzam receptę - czy data jest ok, czy jest podpis lekarza i wszystkie dane
2/ czytam jaki jest pierwszy zapisany lek
3/szukam go w koszyczku - porównuję nazwę i dawkę
4/czytam naklejkę - porównuję nazwę i dawkę leku z tą na opakowaniu i recepcie, sprawdzam, czy dawkowanie leku i nazwisko pacjenta są takie same jak na recepcie
5/sprawdzam datę ważności
6/sprawdzam ilość tabletek w opakowaniu
powtarzam ten algorytm dla wszystkich pozycji na recepcie
potem pakuję wszystko do torby, sprawdzając jeszcze raz, czy mam odpowiednie leki, w odpowiedniej ilości
w między czasie, albo na końcu przeglądam wszystkie recepty dla danego pacjenta pod kątem merytorycznym - czy nie ma interakcji, czy dawki nie są przekroczone i ogólnie czy wszystko gra.
w czasie szkolenia, po moim sprawdzaniu, koszyczek przejmował farmaceuta i sprawdzał jeszcze raz, czy nie przeoczyłam jakiś niezgodności.

Oczywiście przeoczyłam.

To, że na początku robiłam pomyłki mnie nie martwiło i rozumiałam, że po to jest to szkolenie, żeby mnie nauczyć na co zwracać uwagę. Niestety moje przeoczanie nie ustało po kilku dniach, a wręcz zaczęłam przeoczać poważniejsze niezgodności... Na przykład nie zauważyłam, że w jednej z przegródek w kasetce z lekami są dwie tabletki zamiast jednej, przegapiłam, że dawkowanie na recepcie mówi: 2 tabletki 3 razy dziennie przez 4 DNI a nie TYGODNIE, jak było na naklejce i tak dalej... Już mieli mnie wypisać, ale musiałam zaczynać sprawdzanie od nowa. i po kilkuset dobrze sprawdzonych - jeszcze raz i jeszcze raz. Mój trening się przedłużał i czułam się co raz gorzej. W końcu ktoś stwierdził, że za długo już siedzę na tym szkoleniu i potrzebują nowego farmaceuty. Został więc ustalony nowy termin do którego mam się wyrobić i rzeczywiście zostałam wypisana w środę po południu, mimo tego, że od ostatniej pomyłki sprawdziłam zaledwie niecałe 600 leków.
Wiedza o tym, że wypisano mnie nie dlatego, że się dobrze sprawowałam, ale dlatego, że potrzebowali nowego pracownika, w połączeniu ze świadomością, że skupianie się długo na jednej czynności i wykonywanie jej precyzyjnie, dokładnie i uważnie nie jest moją mocną stroną, sprawił, że cały entuzjazm z jakim wypatrywałam nowej pracy się ulotnił. Z jednej strony wiedziałam, że dam sobie radę - nie czuję się w żaden sposób gorsza od innych farmaceutów. Z drugiej jednak strony straciłam coś ze swojej pewności siebie i nie wiedziałam jak to będzie... Bałam się, że nie sprostam stawianym oczekiwaniom i że coś źle zrobię. Pocieszało mnie tylko to, że moja managerka z Forbes Road - Debbie jest doświadczona i będzie znała odpowiedź na większość pytań, także odciąży mnie z części obowiązków i pomoże w trudnych początkach.
Tak się faktycznie stało. Pracowałam jak na razie 3 dni - od czwartku do soboty. Zespół jest bardzo fajny i mocno mnie wspiera. Ale zanim o tym, napiszę najpierw o normalnych stosunkach farmaceuty z personelem.

Struktura jest tak zorganizowana, że na wszystko są procedury, które definiują dokładnie rolę, zakres obowiązków i  odpowiedzialności każdego z pracowników. Na szczycie piramidy zawsze stoi farmaceuta. To farmaceuta ustala co, jak, przez kogo i kiedy ma być robione. Farmaceuta podejmuje decyzje, a wszyscy inni pracownicy do niego zwracają się we wszystkich nietypowych sytuacjach. Jest też odpowiedzialny za całe przedsiębiorstwo i płynność jego działania - w tym zakresie jego obowiązki zazębiają się z managerem. Generalnie rozróżnienie pomiędzy managerem, a farmaceutą nie jest zbyt wyraźne. Niby manager jest kierownikiem, ale to farmaceuta odpowiada i kieruje wszystkimi czynnościami związanymi z lekami (czyli większością czynności apteki). Zdaję się, że manager ma czuwać nad tym, czy wszyscy pracownicy (łącznie z farmaceutą) dobrze pracują, ale to farmaceuta jest osobą odpowiedzialną, szczególnie za część merytoryczną działalności apteki. Farmaceuta jest też jedynym całkowicie samodzielnym pracownikiem - pozostali mogą działać jedynie w zwyczajnych sytuacjach, ramach ustalonych procedur - każda ścieżka postępowania zawiera instrukcje zwrócenia się do farmaceuty w razie jakichkolwiek problemów czy wątpliwości. Farmaceuta też ma na większość rzeczy procedury, ale też ma jako jedyny możliwość użycia swojego "zawodowego osądu" (professional judgement) i podjęcia niezależnej decyzji w nietypowej sytuacji.
Dobrze ten stan rzeczy ilustruje fakt, że bez farmaceuty apteka nie może się otworzyć, a pracownicy nie mogą nic robić - nawet rozkładać przyjętego towaru na półki, nie mówiąc już o realizowaniu recept czy wydawaniu leków. Co więcej, jeśli farmaceuta w ciągu dnia wyjdzie z apteki, dozwolone czynności ograniczają się do sprzedaży leków zakwalifikowanych jako dostępne do sprzedaży bez recepty i bez nadzoru farmaceuty i do przyjmowania recept do realizacji później. Nie można natomiast sprzedawać żadnych innych leków ani nawet wydać pacjentowi leków wcześniej przygotowanych i sprawdzonych przez farmaceutę.
Taka rola wiąże się też z odpowiednim nastawieniem i podejściem reszty personelu. Można ogólnie powiedzieć, że farmaceutę się szanuje. Nie wchodzi się mu w drogę, nie przeszkadza i grzecznie czeka, na to żeby znalazł czas, żeby ci odpowiedzieć. Nie komentuje się też zachowań ani decyzji farmaceuty, a już na pewno się go nie krytykuje. Jedynie manager może sobie pozwolić na zwrócenie mu uwagi ale i to tylko w kwestiach niemerytorycznych, bo w merytorycznych słowo farmaceuty jest święte i ostateczne. (farmaceuta jest też jedyną osobą, która ponosi odpowiedzialność za to co się dzieje w aptece).


Dla żółtodziobego farmaceuty, takiego jak ja, może to oznaczać całkowitą katastrofę. Może być tak, że wszyscy pracownicy, zamiast ci pomóc i podpowiedzieć w pewnym sensie wypną się na ciebie mówiąc, że to od Ciebie zleży i zrobimy tak jak Ty powiesz. Jak nie wiedziałeś jak zrobić, to dalej nie wiesz.
Ale w moim przypadku na szczęście jest inaczej. Po pierwsze Debbie nie krępuje się powiedzieć mi jak i co mam robić i też zwraca mi uwagę, jak czegoś nie dopatrzę. Dotyczy to raczej drobnych rzeczy, typu bałaganu czy spraw organizacyjnych, ale i tak. Inni pracownicy (Emilly i Natalie) też nie zostawiają mnie samej z decyzją, tylko mówią mi jakie mam opcje i sugerują jak najlepiej zrobić, przy czym ostateczną decyzję zostawiają mi i się do niej stosują. Generalnie mnie wspierają, zostawiając mi pole do użycia wiedzy i zadecydowania. Nie wiem czy wyrażam się jasno, więc posłużę się przykładem:

Miałam receptę na fentanyl (pochodna morfiny) w plastrach i na recepcie było: 5 opakowań po 5 plastrów.
Ilość nietypowo duża, lek który może być potencjalnie nadużywany. Mówię więć do Emilly:
-dużo tego fentanylu, nie wiesz czy na pewno miało być aż tyle?
Emilly: nie wiem, możemy sprawdzić czy wcześniej tyle miała. ... Ostatnio miała 3 opakowania.
Ja: to dalej nie wiadomo, czy miała mieć tak dużo...
Emilly: Możesz zadzwonić do przychodni i zapytać ile miało być.
Była to jednak sobota, więc nie można było tego planu wcielić w życie, więc postanowiłam wydać tylko jedno opakowanie i odłożyć ostateczną decyzję do czasu skontaktowania się z lekarzem.
Tymczasem pacjentka przyszła po swoje leki i Emilly z nią rozmawiała. Zapytała się czy miało być 5 opakowań, czy 5 plastrów i powiedziała, że reszta będzie do odbioru później. Pacjentka potwierdziła, że miało być 5 opakowań, że ona już to bierze od lat. Po tej rozmowie, Emilly uznała więc, że to jest satysfakcjonująca odpowiedź i zaczęła przygotowywać te pozostałe cztery opakowania do odbioru później (czyli już sama wiedziała co powinno się zrobić) ale zanim to zrobiła, zapytała się mnie, czy słyszałam co mówiła ta pacjentka, i czy chcę mimo to zadzwonić do lekarza. Także ostateczną decyzję zastawiła całkowicie w moich rękach, nie pozostawiając mnie jednak samej z problemem.

Jestem więc ogólnie zadowolona z nowej, samodzielnej pracy i czuję się dobrze.


niedziela, 17 lipca 2011

do pracy się nie spóźniał i kochał heroinę

Wielka Brytania szczyci się posiadaniem rozbudowanego programu leczenia narkomanów i redukcji szkód, jakie narkotyki wyrządzają społeczeństwu.
Polityka państwa w tym zakresie jest szeroko zakrojona i angażuje różnego rodzaju specjalistów. Poza ośrodkami leczenia narkomanii, w których można zasięgnąć porady, pomocy psychologicznej czy pójść na odwyk, istnieje masa organizacji i instytucji prowadzących terapię nie tyle odwykową co stabilizacyjną. Uzależnionym od heroiny oferuje się trwającą latami terapię metadonem – pochodną morfiny zaspokajającą głód narkotykowy i zapobiegającą objawom odstawienia. W praktyce wygląda to tak, że pacjenci codziennie przychodzą do apteki po swoją dawkę i zależnie od swojego stażu i zachowania, wypijają ją na oczach farmaceuty albo zabierają do domu. Poza tym dajemy im świeże wyposażenie do bezpiecznego brania heroiny, ale o tym szerzej za chwilę.
Założenia na których oparte jest to przedsięwzięcie są takie, że mniej kosztów i szkód generują zdrowi narkomani niż chorzy. A dokładnie:

1.Statystki wskazują, że każdy funt wydany na leczenie i edukację narkomanów przynosi 2,5 funta oszczędności z rekompensowania skutków przestępstw popełnianych pod wpływem narkotyków albo dla ich uzyskania, oraz nie ponoszenia kosztów leczenia wszelkiego typu chorób wynikających z amatorskiego sposobu zażywania narkotyków.
2.Narkoman czy nie, człowiek ma prawo do leczenia i równego traktowania. Decyzję narkomana o braniu narkotyków przyjmuje się jako fakt i nie ocenia się jej moralnie. Nie zniechęca się ani nie zachęca do narkotyków. Szanuje się godność i wszystkie prawa narkomana, tak samo jak każdego innego człowieka.
3.Lepiej realizować realistyczne cele – lepiej mieć narkomanów, którzy zażywają swoje narkotyki bezpiecznie (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, używają terminu „risk-free use”). Skupiają się na zmniejszeniu ryzyka związanego z zażywaniem narkotyków, a nie na wymuszaniu abstynencji, chociaż wspierają tych, którzy chcą odstawić :) Polityka redukcji szkód wychodzi z założenia, że narkotyki przynoszą narkomanom nie tylko szkody ale też dają im pewne korzyści - doznania dla których narkoman jest gotów ryzykować. W związku z tym próba poprawienia bezpieczeństwa zażywania narkotyków jest bardziej realnym celem niż próba namówienia ludzi do zaprzestania zażywania.

Farmaceuci są zaangażowani w następujące usługi dla narkomanów:
-kierowanie na badania przesiewowe na obecność wirusów HIV, WZW B i C (za darmo)
-identyfikowanie i informowanie o zakażeniach bakteryjnych, związanych z niesterylnym wstrzykiwaniem narkotyku – chodzi o zakażone, ropiejące i siniejące rany. Przy tym punkcie należy udzielić porady, że zażywanie narkotyków doustnie albo przez palenie czy wąchanie jest bezpieczniejsze niż wstrzykiwanie ich w żyłę i w związku z tym powinno się zachęcać klientów do palenia heroiny (!)
-ostrzeganie przed uogólnionymi zakażeniami i grzybicami powodowanymi zabrudzonym sprzętem
-uświadamianie zagrożeń wynikających z dzielenia się igłami ze znajomymi
- nauczanie prawidłowej techniki wstrzykiwania, zapobiegającej powstawaniu ran i niebezpiecznych zakrzepów oraz stygmatyzujących siniaków (tak! narkoman ma prawo do godności i nie bycia napiętnowanym tylko dlatego, że jest narkomanem!)

Żebyśmy w pełni mogli wykonywać nasze zadanie i efektywnie zmniejszać ryzyko związane z narkomanią świadczymy następujące, darmowe (znaczy opłacane z publicznych pieniędzy) usługi:

- realizujemy recepty na metadon. W mojej aptece jest kilkunastu metadonowych pacjentów. Większość przychodzi codziennie i wypija swój kubeczek zielonego płynu pod nadzorem farmaceuty, reszta zapracowała sobie na możliwość zabierania swojej działki do domu. Mamy też kilku takich, którzy odbierają swoją dawkę dwa razy w tygodniu. Metadonowcy są bardzo mili i grzeczni. Znają się z personelem po imieniu, czasem zagadują. Stwarza im się możliwie przyjazną atmosferę i traktuje uprzejmie i otwarcie – jest to jedno z zaleceń lokalnej polityki wobec narkomanów. Statystyki dowodzą, że bycie przyjaznym dla metadonowych klientów wspiera ich leczenie. W materiałach, które teraz studiuję jest napisane, ze celem terapii metadonowej nie zawsze jest dążenie do abstynencji – badania dowodzą, że niekiedy lepiej jest ustabilizować pacjenta na stałej dawce metadonu bo to go przywiązuje do codziennej rutyny i pozwala zażywać mniej prawdziwego narkotyku (!) Czyli państwo, widząc, że dany człowiek nie przetrwa długo bez heroiny, decyduje się na przewlekłe dostarczanie mu darmowego quasi-narkotyku.

-dostarczamy igły i strzykawki oraz pojemniki na zużyte igły. Celem jest uniknięcie używania brudnych igieł i strzykawek i zapobieganiu zaśmiecania miejsc publicznych zużytymi, zakażonymi igłami. Zasada jest taka, że jeśli ktoś przychodzi bez pełnego pojemnika to dajmy mu tylko dwie igły. Jeśli przynosi na wymianę pojemnik, może dostać tyle igieł ile potrzebuje. Ma do wyboru kilka rodzajów i jeśli nie wie jakie chce, to moim zadaniem jest mu doradzić, jakie będą dla niego najlepsze. Żółte (te wydajemy najczęściej) są do heroiny podawanej do żył powierzchniowych, np. na ramieniu. Pomarańczowe i niebieskie są do heroiny wstrzykiwanej w pachwinę. Chociaż wydając takie igły powinnam udzielić porady, że wstrzykując w pachwinę trzeba być bardzo ostrożnym, bo przekłucie tętnicy udowej grozi wykrwawieniem, a zahaczenie o położony niedaleko nerw jest bardzo bolesne i może doprowadzić, do poważnych uszkodzeń. Z kolei do wstrzykiwania sterydów najlepsze są igły niebieskie i zielone. I co wy na to?

-dostarczamy sterylne pojemniczki do grzania i rozpuszczania działki i wodę do wstrzyknięć. Tu filmik pokazujący jak się z tym obchodzić: coocker i ampułki

-dostarczamy filtry do przesączania rozpuszczonej heroiny (rzadko wykorzystywane tak jak się powinno, czyli jednorazowo, bo na filtrze osadza się dość duża część działki, więc szkoda marnować)

-dostarczamy saszetki ze sterylnym kwasem cytrynowym, potrzebne do rozpuszczania heroiny i kokainy oraz udzielamy porady, ile kwasu należy użyć. Tu filmik instruktażowy, pokazujący ile kwasu trzeba użyć i udowadniający, że dodanie większej ilości kwasu nie zmienia stężenia heroiny a jedynie pH.

-jesteśmy uczeni co zrobić w razie przedawkowania i jesteśmy zobowiązani tą wiedzę rozpowszechniać. Tu filmik.

-no i oczywiście udzielamy porad i dostarczamy materiały szkoleniowe radzące jak należy sobie wstrzykiwać narkotyki.

Apteki za swoją dodatkową, profesjonalną usługę kasują dodatkowe pieniądze z NHSu. Cała armia pracowników socjalnych, ośrodki zdrowia zajmujące się leczeniem uzależnień, psycholodzy i wszystkie inne organizacje zaangażowane w „minimalizowanie szkód” też oczywiście kosztują i to niemałe pieniądze. Ale jako się rzekło - każdy funt wydany na leczenie i edukację narkomanów przynosi 2,5 funta oszczędności :)

Od farmaceutów wymaga się posiadania specjalnych kwalifikacji do radzenia sobie z problemem narkomanii i do świadczenia usług w zakresie programu Redukcji Szkód (Harm Reduction). Właśnie się tego uczę (w trybie eksternistycznym) i piszę o tym, bo cały ten program jest dla mnie ambiwalentny i sama nie wiem co o nim myśleć. Niby przesłanki, które za nim stoją są oczywiste – rzeczywiście lepiej jest uczyć jak bezpiecznie wstrzykiwać sobie coś w żyłę niż potem leczyć zakażone rany. I zawsze uważałam, że jak już ktoś wystawia się na ryzyko biorąc jakieś szkodliwe substancje, to lepiej żeby mógł się dowiedzieć od specjalisty jakie są rzeczywiste zagrożenia i czy/jak można ich uniknąć, zamiast opierać swoją wiedzę na doświadczeniach szemranych znajomych. Ta angielska polityka redukcji szkód doskonale się w to wpisuje. Z drugiej strony jakoś trudno mi pogodzić się z tym, że mam instruować ludzi, że heroinę należy wstrzykiwać w kierunku serca, najlepiej w żyłę na przedramieniu i trzeba uważać, żeby dobrze trafić w żyłę, bo wstrzyknięcie w tętnicę albo w tkankę obok naczynia krwionośnego jest bardzo niebezpieczne. Służyć poradą, że heroinę trzeba rozpuszczać w sterylnej wodzie, którą można wziąć z apteki i żeby się dobrze rozpuściło trzeba dodać kwasu cytrynowego albo askorbinowego, ale tylko minimalną niezbędną ilość, bo jak się doda za dużo, to zastrzyk będzie zbyt zakwaszony, co wiąże się z ryzykiem uszkodzenia żyły. Czy to nie jest absurdalne? Ostrzegać przed wstrzykiwaniem heroiny brudną igłą dlatego, że to niebezpieczne? Tak jakby wstrzykiwanie czystą igłą było bezpieczne... Niby piszą „bezpieczniejsze”, a nie bezpieczne, ale do prawdy, trudno o tym pamiętać, gdy czyta się dokładne, fachowe instrukcje jak przygotować i zażyć heroinę...
Pytanie, które stale mi się nasuwa w miarę uczenia się moich nowych obowiązków, ma bardziej naturę filozoficzno-moralną. Ryzyko wynikające z zażywania narkotyków wiąże się nie tylko z używaniem brudnego sprzętu, ale też z czystością samego narkotyku i jego faktycznym składem. Jak wyczytałam w moich materiałach szkoleniowych, większość przedawkowań heroiny (i następujących po tym zapaści i zgonów) wynika z nieznajomości mocy zakupionego na czarnym rynku narkotyku a wiele zakażeń bierze się z brudnej samej heroiny, a nie tylko sprzętu. Skoro więc chcemy minimalizować ryzyko i koszty generowane przez chorych narkomanów, dlaczego nie świadczymy usługi sterylizowania samego narkotyku, albo jeszcze lepiej – dlaczego nie wydajemy w aptece heroiny? Administrowana w aptece heroina pochodziłaby ze znanego źródła, znana była by moc i czystość narkotyku no i byłaby bezpieczna mikrobiologicznie. Czy to by nie minimalizowało ryzyka zażywania? Tylko błagam, nie mówicie, że nie możemy sprzedawać heroiny bo to nielegalne. Co to za argument? Cały ten program, o którym tu piszę jest oparty na ustawach stworzonych specjalnie w celu minimalizacji szkód. Gdyby była na to zgoda, można by też zalegalizować sprzedaż narkotyku, w celu zmniejszania szkód związanych z jego obrotem na czarnym rynku.
Jedyny problem jest taki, że na legalizację heroiny nie ma zgody. I to mnie w sumie nie dziwi, bo ja też bym się nie zgadzała na rozdawanie ludziom heroiny... ale z drugiej strony jaka jest różnica pomiędzy dostarczaniem igieł, filtrów, wody, kwasu i porad potrzebnych do zażywania heroiny od dostarczania samej heroiny? Jedno i drugie jest w istocie ułatwianiem bezpiecznego zażywania narkotyku. A jeszcze gdyby heroina była za darmo, to zminimalizowane zostałoby nie tylko ryzyko wstrzyknięcia sobie jakichś brudów albo przedawkowania, ale też ryzyko popełniania przestępstw w celu zdobycia pieniędzy na heroinę. Czyli całkowicie zniknęłyby wszystkie problemy jakie generują narkomani i państwo nie ponosiłoby kosztów ich przestępstw ani kosztów leczenia... Czy to nie wydaje się logicznym wyjściem?
Tak sobie rozmyślałam, pogrążając się w absurdzie, aż doczytałam do jeszcze bardziej zdumiewającej informacji. Otóż w rozdziale o możliwościach leczenia i pomocy farmakologicznej są wymienione następujące metody:
1. Metadon - w płynie, podawany doustnie
2. Buprenorfina -  w tabletkach podjęzykowych
3. Diamorfina czyli.... uwaga uwaga - HEROINA!!! - podawana w zastrzykach, pod nadzorem farmaceuty! W moim kursie piszą tak: Dowody wskazują, że przepisywanie diamorfiny z powodzeniem zatrzymuje klientów na leczeniu i daje korzyści zdrowotne i społeczne. Klienci (na leczeniu medyczną heroiną) poprawili się we wszystkich dziedzinach - poprawiło się zdrowie psychiczne i fizyczne, zażywanie nielegalnych narkotyków i częstość popełniania przestępstw zmalała, wzrosło zatrudnienie. (!!!)
Medyczna heroina jest co prawda zarezerwowana dla beznadziejnych przypadków, których nie udało się ustabilizować na metadonie i do przepisywania heroiny wymaga się od lekarza dodatkowych kwalifikacji i specjalnej licencji, ale jednak czytając to coraz wyżej podnosiłam brew. Czy ci Anglicy nie są szaleni??

Po głowie chodzi mi piosenka Homo Twist (piosenka tu):
Nie palił nigdy i nie pił
Z żadną dziewczyną nie był
Ubranie czyste nosił
Do pracy się nie spóźniał
I kochał heroinę
Mówił innej nie chcę
Najlepszy towar w całym mieście

Już tylko to tylko to jedno
Ręce i nogi skłute
Każda tu z każdym lecz nie ze mną
Zęby mam zepsute
Więc grzeję heroinę
Żadnej innej nie znam
Najlepszy towar w mieście mam

Jest już w ziemi drugi rok
Czasem się wspomni o nim słowo
Nikt chyba dobrze nie znał go
Każdy pamięta tylko
Kochał heroinę
Mówił innej nie chcę
Najlepszy towar w całym mieście

Tylko że tu, w UK taki bohater mógłby żyć sobie całkiem długo i dobrze, bo cała ta polityka, w rezultacie, oddala konsekwencje brania, także śmierć przez narkotyki nie jest taka nieuchronna.

wtorek, 5 lipca 2011

Wielka dobroczynność

W czasie w którym moja żona poznaje tajniki brytyjskiej apteki, ja zajmuję się głownie poszukiwaniem pracy. Jak się okazuje, rynek pracy w okolicach Bostonu nie ma się za dobrze, a do tego nie jest zbyt chłonny w kwestii emigrantów, przynajmniej takich, którzy nie chcą pracować przy taśmie produkcyjnej w fabryce, albo zbierać tulipanów na polu. W związku z powyższym, szukanie pracy się przeciąga, zaproszeń na rozmowy kwalifikacyjne jak na lekarstwo, a perspektywy niezbyt optymistyczne. Wszystko utrudnia dodatkowo fakt, że w początkowej fazie szukania nie miałem numeru ubezpieczenia (National Insurance Number -  NIN), co mogło odstraszać pracodawców (mogło by to wskazywać na jakieś nieczyste intencje, nielegalny pobyt itp.). 

Celem zdobycia jakiegoś doświadczenia jak i z chęci wyjścia z domu i zrobienia czegoś pożytecznego z czasem oraz z dobroci serca postanowiłem wspomóc swoimi umiejętnościami jedną z lokalnych instytucji dobroczynnych. W tym miejscu należy wspomnieć o co właściwie chodzi z dobroczynnością w Anglii.


Nieduże miasteczko jakim jest Boston może się pochwalić co najmniej dziesięcioma sklepami zbierającymi pieniądze na cele dobroczynne. Każdy z takich sklepów sprzedaje rzeczy pochodzące z dobrowolnych donacji od mieszkańców danego regionu, którzy czegoś już nie potrzebują, nie chcą lub niedawno umarli i ich rodziny nie wiedzą co zrobić z pozostałym dobrem. Takie sklepy dobroczynne (charity shops) są więc pełne najrozmaitszych przedmiotów, o zazwyczaj zaskakująco dobrej jakości. Ponieważ w Anglii nie było 50 lat socjalizmu i wielkiej produkcji niezbyt trwałych, masowo wytwarzanych meblościanek z nędznej płyty wiórowej, rynek wtórny pełen jest kilkudziesięcioletnich mebli w bardzo przyzwoitym stanie - kanap, krzeseł biurek, stolików na kawę, stołów, łóżek, itd. Wszystkie te sprzęty są wstępnie przeglądane i czyszczone, wyceniane i ostatecznie wystawiane w sklepie dobroczynnym. Poza meblami do sklepów trafiają też rozmaite "skorupy" - talerze, kubki, filiżanki, dzwoneczki, porcelanowe łyżeczki, szkalnki, ozdobne tależe (takie do wieszania na ścianie) - najczęściej z ptakami, malutkie porcelanowe pudełka służące do trzymania bibelotów, pojemniki na ciastka ozdobione wizerunkiem Jej Wysokości, dzbaneczki (w tysiącu rodzajów), w końcu naparstki porcelanowe, ozdobione herbami setek (jak nie tysięcy) miast i gmin Angli, Kanady i Australii. Tej dość kolorowej kolekcji zastawy stołowej towarzyszą oczywiście sztućce i najrozmaitsze narzędzia kuchenne jakie tylko fantazja ludzka była w stanie przekuć na produkt, a których nazw własnych nawet nie odwżę się zgadywać. Do tego olbrzmi dział stanowią ubrania, najczęściej w stanie lumpeksowym, ale także nierzadko zupełnie nieużywane, buty, bluzki, płaszcze i olbrzymi wybór ciuszków dziecięcych w każdym możliwym kolorze i kształcie (w tym kompletny, trzyczęściowy becik naśladujący disneyowskiego Kubusia Puchatka). Różnego rodzaju sprzęta AGD - od kuchenek i suszarek bębnowych po elektryczne młynki do kawy, stare telefony stacjonarne i odkurzacze samochodowe marki "Diabli Pył" (Devil's Dust). Zabawki dziecięce (w tym półtorametrowa pluszowa pszczoła, sprzedana ostatnio za 7,50 funtów), książeczki dziecięce i książki dla starszego odbiory (głownie biografie, dużo pozycji o rodzinie królewskiej i jej perypetiach). Płyty CD z muzyką (głownie śmieci, ale trafiają się też perełki - np pierwsza płyta Bruce'a Springsteen'a, Eric Clapton na żywo itd.), DVD z filmami i programami komputerowymi, wreszcie stare kasety video (VHS) z filmami i nagraniami historycznych walk amerykańskich zapaśników (chodzi o tzw. Wrestling, czyli "wolną amerykankę", sport walki charakteryzujący się teatralnością przyprawioną sowitą dawką amerykańskiego kiczu). Zaskakujące w całym tym bałaganie jest to, że ludzie chętnie i dość regularnie (tzn. kilka-kilkanaście razy dziennie) przynoszą różne dary. Na przykład dziś przyszła do nas para w średnim wieku z dwiema wielkim walizkami pełnymi markowych ciuchów, z których trzy czwarte miało jeszcze metki ze sklepów odzieżowych (nierzadko na 30-50 funtów!). Postanowili, jak się okazało, zrobić czystkę w szafach i oddać na cele dobroczynne rzeczy, które kupili, a których nigdy nie nosili. Inną kategorię stanowią ludzie umawiający się na zabranie im z domu różnych gratów - głównie mebli. Fundacja ("Buterfly Hospice Trust") zatrudnia na stałe niejakiego Steve'a który jest odpowiedzialny za wywożenie i dowożenie różnych rzeczy od i do ludzi. Jest on też zarządcą zebranego majątku i dokonuje wstępnego sortowania w potężnym magazynie który znajduje się na jego farmie pod Bostonem (gdzie, tak nawiasem mówiąc, hoduje alpaki...). Ciężko było mi to sobie wyobrazić, ale okazuje się, że Steve nie wyrabia się z robotą, tak wielu ludzi chce coś Fundacji dać. Miałem okazję dwukrotnie odwiedzić jego farmę i musicie wiedzieć, że skala tego przedsięwzięcia jest naprawdę imponująca. W jednym, niemałym magazynie znajdują się rzeczy nadające się do sklepów (drugi sklep Fundacji jest w pobliskim Spalding), lub do sprzedaży na Ebayu (międzynarodowy odpowiednik Allegro), w drugim magazynie (znacznie większym) są dosłownie góry wszelkiego dobra jakie tylko można sobie wyobrazić. Pokryte zarówno patyną czasu, jak i patyną w całkowicie dosłownym znaczeniu tego słowa, oraz grubą na pół centymetra warstwą kurzu, znajdują się tam (wstępnie przejrzane, ale Steve nie ma czasu, więc niedokładnie) potężne kosze ze złomem, meble przeznaczone na ścinkę (i dalszą sprzedaż jako materiał na opał), ubrania które przekazywane są firmie przerabiającej stare ubrania na szmaty itd. Jak łatwo zauważyć, NIC się nie marnuje. Jeśli jakiś ciuch jest w sklepie za długo (trzy miesiące to standard) ląduje na stosie rzeczy na szmaty, jeśli jakiś stary toster za długo grzeje miejsce na półce, idzie na złom. Ten całkowity recykling wszystkiego, oraz idący za nim faktyczny pieniądz niesamowicie mi zaimponował. Wyobraźcie sobie, że któregoś dnia Steve przyniósł fakturę ze złomu i okazało się, że z tych absolutnie niesprzedawanych resztek udało mu się dostać 200 funtów (~ 870 zł). Ciuchy przerabiane na szmaty to co prawda groszowe sprawy (ok 20 funtów za 5 kilo), ale zawsze, podobnie drewno z mebli na opał (0,5 funta za... funt :-). Teraz należy jeszcze dodać, że poza kierownikiem sklepu i zarządem fundacji wszyscy pracownicy (których jest pewni koło setki) to wolontariusze. Pomijając szczytny cel (o którym za chwilę) jest to więc biznes, który przy minimalnych kosztach własnych (pensje - i to nieduże, dostają tylko kierownicy i Steve, za zatowarowanie Fundacja płaci tylko koszty benzyny, a i to nie zawsze) przynosi całkiem przyzwoite zyski. 


Przyzwoite, phi! Ta konkretna fundacja zajmuje się zbieraniem pieniędzy na budowę i utrzymanie lokalnego hospicjum i wyobraźcie sobie, że w ciągu zaledwie kilu lat istnienia, udało im się wybudować i wyposażyć jedno skrzydło owego hospicjum. Oficjalne otwarcie odbyło się w kwietniu, imprezę zaszczyciła swą obecnością Księżna Anna (dla niewtajemniczonych w perypetie Rodziny Królewskiej - siostra Księcia Karola, następcy tronu, tego co był mężem Księżnej Diany, która zginęła w wypadku samochodowym w 1997), przyjęcie pierwszych pacjentów odbędzie się na dniach. Fundacja ma zamiar nie tylko dobudować jeszcze dwa skrzydła, ale jeszcze utrzymać to hospicjum, bez żadnej pomocy ze strony Rządu, czy pacjentów (hospicjum będzie nieodpłatne). Jak spytałem Nine, kierowniczkę sklepu w Bostonie, czy to w ogóle jest możliwe, powiedziała, że ależ oczywiście i to z łatwością! A teraz pomyślcie sobie, że Fundacja dla której pracuję nie jest wcale jakaś specjalnie duża, czy też znana, czy wielka. Największa brytyjska organizacja dobroczynna (działająca w taki sam sposób jak Butterfly Hospice) czyli Cancer Reaserch (zbierają na badania nad rakiem i profilaktykę) liczy zyski w setkach milionów funtów (sic!) rocznie.

Oczywiście pytanie o to czy można by przełożyć taki sposób działania organizacji dobroczynnych na realia nadwiślańskie samo się ciśnie na usta... 

piątek, 17 czerwca 2011

Szkolenie z prawa i Mrówkojad w korporacji

W poniedziałek i wtorek byłam na szkoleniu dla Europejskich
Farmaceutów (pod takim kryptonimem działam w swojej firmie), obejmującym
swoim zakresem głównie zagadnienia prawne i szeroko mówiąc,
organizacyjne.

Na początku nastąpiło zderzenie ze stroną wyspiarskiej kolei.
Wyszukiwarka połączeń próbowała nas zabić przyciężkim dowcipem - jako
planowany czas podróży z Bostonu do Rotherham, w którym miało się odbyć szkolenie, wyskakiwało 16 godzin (130 km)!
Gdy już udało się oszukać wyszukiwarkę i zmusić ją do wyświetlenia
czegoś rozsądniejszego i przystąpiliśmy do płacenia za przejazd
(uzbrojeni w cały zestaw bezpieczeństwa potrzebny w tym kraju do
wykonania płatności internetowej kartą), po długim namyśle
wyszukiwarka wypluła komunikat ogłaszający, że "sorry, coś poszło nie
tak". I musieliśmy zaczynać od początku. W końcu nam się udało, ale
nie było ani szybko, ani sprawnie...
Podobnie z noclegiem. W końcu udało się coś znaleźć, ale nie było to
takie łatwe, jak można by się spodziewać.
A wszystko dlatego, że bostoński oddział mojej firmy był zbyt zapracowany, żeby dowiedzieć się co i jak i poinformować mnie gdzie jest zapewniany przez firmę nocleg i jak mam tam dojechać. W ogóle nikt się o mnie nie zatroszczył, więc musiałam sama o siebie zadbać i pozałatwiać po swojemu. Okazało się to ni być najlepszym pomysłem.

Wyszło na jaw moje całkowite nieprzystosowanie
do warunków korporacyjnych: Znalazłam sobie najtańszy możliwy nocleg -
za 15 fontów za noc w Doncaster - pół godziny pociągiem od Rotherhamu. Zapakowałam
się w plecak i pojechałam. Oczywiście w Doncasterze padało, a z dworca
było jakieś 20 minut. Zmokłam więc po drodze (nawet bardziej niż
musiałam, bo trochę zabłądziłam i musiałam znaleźć drogę). Motelik
okazał się całkiem przyjazny, jedyną jego wadą z mojej perspektywy była odległość od
Rotherhamu. Okazało się jednak, że moje standardy są dalece odmienne od obowiązujących w świecie dużych, bogatych firm w którym od miesiąca przebywam. Hotel zapewniany przez firmę (w którym się nie znalazłam) był w pełni luksusowy, a mój motelik miał w pokoju  poza łóżkiem i czajniczkiem tylko cieknący kran...
W poniedziałek musiałam wyruszyć o 8 rano, żeby zdążyć na pociąg do
Rotherhamu, a tam z dworca znaleźć drogę do hotelu w którym było
szkolenie. Pogoda była ładna i miałam prawie godzinę, więc żwawo
ruszyłam w drogę, piechotą 45min. Po drodze, oczywiście, okazało się,
że spacer zawiera w sobie przekraczanie obwodnicy i odcinki po
poboczu... szłam tak więc, na korporacyjną konferencję, przy
dwupasmowej drodze rozważając złapanie stopa i myślałam o tym, że moje
życie nigdy się nie zmieni...
Jak już przyszłam i spytana o to jak się mam odpowiedziałam, że
dobrze, chociaż jest tu daleko z dworca, usłyszałam lekko zdziwioną
odpowiedź, że nikt nie spodziewał się, że ktokolwiek przyjdzie tu
piechotą, i przecież zwróciliby mi pieniądze za taksówkę... Oświecona
tą myślą, następnego dnia postanowiłam nie iść piechotą. Jednak
okazało się, że moja zaradność w kwestii organizowania sobie wygód
jest dużo mniejsza niż w zakresie znajdywania drogi. Znaczy nie miałam
większego problemu, żeby się zorientować w obcym mieście i znaleźć ten
hotel na piechotę, za to miałam duży problem, żeby znaleźć taksówkę.
Telefon stwierdził, że wydzwoniłam wszystkie pieniądze i można wręcz
powiedzieć, że byłam całkowicie bezradna... W końcu udało mi się
zapytać jakiegoś bardziej doświadczonego w tych tajemniczych dla mnie
sprawach przechodnia, który mnie skierował do Tesco, a tam, kolejny
przechodzień zaprowadził mnie do telefonu do wzywania taksówki. Słowem
wykazałam się całkowitą niekompetencją i nieprzygotowaniem na
korzystanie z udogodnień. Byłam też jedyną osobą, która drugiego dnia
szkolenia pokazała się w tych samych ciuchach co pierwszego (kto by
pakował więcej niż jeden komplet na dwa dni??).

Za to samo szkolenie było bardzo fajne i bardzo pomocne. Dowiedziałam
się wszystkiego o brytyjskim prawie farmaceutycznym, obowiązkach i
odpowiedzialności farmaceuty, systemie refundacji, polityce wobec
leków kontrolowanych, czyli po naszemu narkotyków i psychotropów i
tego typu rzeczach.
Najbardziej szokująca wiedza, jaką stamtąd wyniosłam jest taka: Prawo
stanowi, że lekarz może zapisać na recepcie dowolny lek, kosmetyk albo
jedzenie, pod warunkiem, że nie ma go na czarnej liście. Wszystko co
jest zgodnie z tą zasadą przepisane na recepcie jest refundowane (bo
wszystkie recepty są refundowane). W związku z tym lekarz może na
recepcie zapisać krem przeciwzmarszczkowy najdroższej firmy,
sześciopak piwa i krakersy, i apteka może to wydać bezpłatnie (dla
osób objętych "wyjątkami" o których już pisałam, jak osoby po 60 roku
życia itp.) albo za odpłatnością ryczałtową i NHS zwróci aptece
pieniądze!!! Czyli WSZYSTKO (poza czarną listą) jest refundowane! Ci
Anglicy są po prostu szaleni!

Inny ciekawy przepis to możliwość wydania leku bez recepty (poza narkotykami) na prośbę lekarza albo pacjenta. Odpowiednik naszej recepty farmaceutycznej, tyle, że nie ma zastrzeżenia, że można to zrobić tylko w celu ratowania życia. Jeśli prosi lekarz, trzeba tylko się upewnić, że na pewno jest lekarzem i zobowiązać go do dostarczenia recepty w ciągu 72h. Jeśli prosi pacjent to można mu wydać właściwie każdy lek (poza narkotykami) pod warunkiem, że już go kiedyś brał i ma dobry powód dlaczego potrzebuje go w tej chwili, bez recepty. Można więc sprzedać bez kłopotu tabletki antykoncepcyjne jakiejś zapominalskiej i nikomu nie trzeba ściemniać, że to dla siebie. Z drugiej można przy takiej sprzedaży samemu wymyślić cenę - jeśli więc ma się uporczywego pacjenta "jest sobota, a mi się skończyły tabletki, już piąty miesiąc z rzędu" to można mu sprzedać jego tabletki za jakąś z kosmosu wziętą, zawyżoną kwotę.

Na szkoleniu poza mną było 7 osób z Rumunii, dwie z Litwy, jedna z
Łotwy, dwóch Włochów i jednak Hiszpanka. Grupa była fajna i nie tylko
ja się o wszystko dopytywałam, więc było ciekawie i skutecznie. Do
Przedyskutowaliśmy wszystkie możliwe sytuacje i przypadki :) Jestem więc zadowolona i czuję się dużo swobodniej w aptece.