Przy okazji zakupów świątecznych wybraliśmy się na obchód bostońskich polskich sklepów. Normalnie nie zaglądamy tam za często bo staramy się korzystać z zasobów brytyjskiej kuchni i próbować lokalnych specjałów. Gdybyśmy chcieli wybierać tylko z polskich produktów to zostalibyśmy w Polsce. Na święta jednak postanowiliśmy kupić parę rodzimych dóbr. Obserwacja asortymentu polskich sklepów zasługuje na opis.
Ogólnie w Bostonie można kupić wszystko to co w Polsce. To już zaobserwowaliśmy wcześniej. To co teraz rzuciło mi się w oczy, to że właściwie można tu kupić więcej polskich produktów, niż w sklepach w Polsce. Ku mojemu zaskoczeniu (i zadowoleniu) można tu kupić szczaw - poszatkowany oraz w formie przecieru. Nigdy nie widziałam w Poznaniu :) Ale nie o szczawie chciałam piać. Moją uwagę przykuła półka apteczna. W brytyjskich aptekach nie wszystkie leki znane w Polsce są dostępne. Nie ma np. węgla na biegunkę ani flegaminy na kaszel. Niektóre specyfiki są w ogóle nie znane, np. nie sprzedaje się magnezu, bo nie ma w narodzie przekonania, że na cokolwiek pomaga. Skurcze leczy się chininą. Nie ma też rozpuszczalnego wapna - nieznany jest pogląd jakoby wapno pomagało na uczulenie. Nie ma rutinoskorbinu ani niczego na żylaki. Początkowo te braki bardzo mnie dziwiły i były niezrozumiałe. Kilka razy zapytałam Nikki, która mnie szkoliła dlaczego nie mają tego czy tamtego a ona spoglądała na mnie z największym zdziwieniem odpowiadając "a dlaczego miałoby być? Szybko więc uświadomiłam sobie bezsensowność pytania, dlaczego nie ma danego specyfiku - jeśli dane właściwości substancji nie są w ogóle znane, to dlaczego miałby się sprzedawać lek ją zawierający. To tak jakby mnie ktoś zapytał dlaczego nie sprzedajemy wyciągu z ogórków morskich na problemy ze stopami... "a dlaczego mielibyśmy go sprzedawać?" padłaby odpowiedź. Polacy jednak są bardzo przywiązani do swoich domowych sposobów leczenia i tu tworzy się czarna dziura w rynku. jak wiadomo popyt rodzi podaż, więc lokalne polskie sklepy sprowadziły farmaceutyki. Wydzielone pólki uginają się od witaminek, syropów na kaszel itp. Są wszystkie apteczne bestsellery - węgiel, flegamina, thiocodin, rutinoskorbin, tormentiol, essentiale forte itp. te są w sumie zrozumiałe, bo faktycznie w Anglii trudno dostać coś co mogłoby je odpowiednio zastąpić. Bardziej rozśmieszył mnie widok specyfików, które w Polsce co prawda dobrze się sprzedają, ale tylko dzięki intensywnej reklamie, bo raczej na nic nie pomagają - jest np. drosetux (syrop homeopatyczny) czy zoożelki (prepaat witaminowy dla dzieci). Pewnie nie powinno mnie to dziwić, skoro na co drugim domu wisi talerz z napisem "Cyfrowy Polsat" :)
Po tym przydługim wstępie przechodzę do tego co właściwie chciałam napisać. Z największym zdziwieniem odkryłam, że na półce aptecznej sprzedaje się również leki na receptę. Oto kilka przykładów: Oxycort w maści i w płynie (w Polsce na receptę, w Anglii niedostępny), Diphergan (w Polsce na receptę, w Anglii w kategorii P - lek wydawany pod nadzorem farmaceuty), Zyrtec w kropelkach (w Polsce na receptę, w Anglii niedostępny), Pectodrill - syrop na kaszel (w Polsce i w Anglii na receptę), sól fizjologiczna w ampułkach (w Polsce i w Anglii na receptę, chociaż ja sprzedawałam bez problemu). Bylo też kilka pozycji, które co prawda w Polsce są bez recepty, ale w Anglii mogą być sprzedawane tylko w aptece (mają kategorię P) np. clotrimazol, detreomycyna czy hydrokortyzon.
Jak widać jest tu jakaś dziura w angielskiej regulacji rynku. O tyle o ile większość z tych specyfików jest niegroźna i może być sprzedawana byle gdzie, tak kilka pozycji mnie zaniepokoiło... Szczególnie, że już przyzwyczaiłam się do panujących tu standardów troski o pacjentów, każących każdego kupującego przepytać dokładnie z objawów, czasu ich trwania, branych leków i innych możliwych zagrożeń, oraz decyzję o sprzedaży danego leku skonsultować z farmaceutą. A tu pomocna Pani Polka ze spożywczaka chętnie sprzeda oxycort temu kto będzie chciał...
angielska rzeczywistość z punktu widzenia polskiej farmaceutki (i jej męża). Sporo o pracy w aptece, ale też nieco o życiu szarego emigranta.
niedziela, 8 kwietnia 2012
niedziela, 18 marca 2012
Hunstanton
W niedzielę wybraliśmy się na drugą stronę zatoki nad którą mieszkamy, do miejscowości Hunstanton. (tu link do mapy: http://g.co/maps/akmmv)
Dzień zapowiadał się kiepsko. Rano padało i prognoza przewidywała przelotne deszcze i zachmurzenie w naszej okolicy. Zdecydowaliśmy się nie iść na spacer z Ramblersami, tylko wyruszyć gdzieś na własną rękę. Padło na Hunstanton, bo strona internetowa obiecywała ładne klify - obietnica się spełniła. Już po drodze zaczęło nam się podobać bo przejeżdżaliśmy przez las. Hunstanton, miejscowość typowo nadmorska nie była specjalnie interesująca, choć zadbana. Zrobiliśmy sobie czterogodzinny spacer wzdłuż kolorowych klifów. Klify były kilkuwarstwowe, każda warstwa w innym, żywym i kontrastującym kolorze. Do tego cała plaża była usiana kolorowymi głazami odpadającymi ze wszystkich warstw klifu - rezultat był bardzo ciekawy.
Po drodze spotkało nas kilka niespodzianek. Po pierwsze, mniej więcej w połowie drogi się wypogodziło. Po drugie ku naszemu zaskoczeniu ok. godziny pierwszej zaczął się przypływ, który całkowicie zmienił obraz plaży. Dzięki temu mieliśmy zgoła inne widoki idąc z powrotem. Po trzecie przez prawie cały spacer towarzyszył nam pies. Tak! Z sobie tylko znanego powodu dołączył do nas i postanowił za nami iść. Spotkał nas na plaży i nie zważając na nasze zniechęcające gesty oraz na kompletne ignorowanie szedł za nami. Co więcej widocznie czerpał przyjemność ze spaceru - wesoło podskakiwał, biegał i wszystko wąchał. wyraźnie też starał się nas zaangażować w zabawę. Zerkał na nas, czekał gdy się zatrzymywaliśmy, przynosił jakieś przedmioty... szedł za nami dobre 3 godziny, całkowicie oddalając się od domu i najwyraźniej całkowicie ufając, ze się niem zaopiekujemy. My staraliśmy się nie zwracać na niego uwagi, ale w końcu musieliśmy wejść z nim interakcję, bo przez pewien czas szliśmy ulicą i pies stawał na środku drogi i patrzył na nas, blokując przejazd... Musiałam więc zacząć go kontrolować i trzymać przy sobie. W końcu wróciliśmy do miasteczka i zaczęliśmy się rozglądać za jakąś jadłodajnią. Pies stał się problemem - biegał przy nas i na nas zerkał, wskazując jasno, że do nas należy. A my ani nie możemy go trzymać na smyczy, ani nie możemy go odpędzić... zdecydowaliśmy się coś z tym zrobić i po zasięgnięciu języka, znaleźliśmy telefon na policję - w przypadkach nie nagłych. Miła pani wysłuchała co nam się przytrafiło, przekierowała mój telefon do jakiejś innej instytucji, w której pracowała jeszcze milsza pani. Jeszcze milsza pani zapisała sobie mój (bardzo niedokładny) opis psa i moje położenie i powiedziała, że spróbuje coś zrobić, chociaż pewnie nic się nie da zrobić i będziemy musieli po prostu odjechać zostawiając go na parkingu. Po jakiś 10minutach jednak oddzwoniła i powiedziała, że ktoś zgłosił dzisiaj zaginięcie psa. W między czasie nawinęli się jacyś psiarze, którzy powiedzieli jak się nazywa rasa psa i byli w stanie podać dokładniejsze dane na temat jego przybliżonego wieku. Opis się zgadzał, więc Miła Pani przekazała nasz numer zmartwionej właścicielce i umówiliśmy się na odbiór psa. Czekaliśmy z towarzyszącymi nam miłośnikami psów i po jakiś 15 minutach przyjechała właścicielka. Z ulgą przekazaliśmy jej zgubę a ona z wdzięczności dała nam 10 funtów!!! I tak, pozbywając się niewygodnego towarzysza zarobiliśmy na obiad :)
Polecam zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/ photos/102225926721216505083/ albums/5721340521412040817
Dzień zapowiadał się kiepsko. Rano padało i prognoza przewidywała przelotne deszcze i zachmurzenie w naszej okolicy. Zdecydowaliśmy się nie iść na spacer z Ramblersami, tylko wyruszyć gdzieś na własną rękę. Padło na Hunstanton, bo strona internetowa obiecywała ładne klify - obietnica się spełniła. Już po drodze zaczęło nam się podobać bo przejeżdżaliśmy przez las. Hunstanton, miejscowość typowo nadmorska nie była specjalnie interesująca, choć zadbana. Zrobiliśmy sobie czterogodzinny spacer wzdłuż kolorowych klifów. Klify były kilkuwarstwowe, każda warstwa w innym, żywym i kontrastującym kolorze. Do tego cała plaża była usiana kolorowymi głazami odpadającymi ze wszystkich warstw klifu - rezultat był bardzo ciekawy.
Po drodze spotkało nas kilka niespodzianek. Po pierwsze, mniej więcej w połowie drogi się wypogodziło. Po drugie ku naszemu zaskoczeniu ok. godziny pierwszej zaczął się przypływ, który całkowicie zmienił obraz plaży. Dzięki temu mieliśmy zgoła inne widoki idąc z powrotem. Po trzecie przez prawie cały spacer towarzyszył nam pies. Tak! Z sobie tylko znanego powodu dołączył do nas i postanowił za nami iść. Spotkał nas na plaży i nie zważając na nasze zniechęcające gesty oraz na kompletne ignorowanie szedł za nami. Co więcej widocznie czerpał przyjemność ze spaceru - wesoło podskakiwał, biegał i wszystko wąchał. wyraźnie też starał się nas zaangażować w zabawę. Zerkał na nas, czekał gdy się zatrzymywaliśmy, przynosił jakieś przedmioty... szedł za nami dobre 3 godziny, całkowicie oddalając się od domu i najwyraźniej całkowicie ufając, ze się niem zaopiekujemy. My staraliśmy się nie zwracać na niego uwagi, ale w końcu musieliśmy wejść z nim interakcję, bo przez pewien czas szliśmy ulicą i pies stawał na środku drogi i patrzył na nas, blokując przejazd... Musiałam więc zacząć go kontrolować i trzymać przy sobie. W końcu wróciliśmy do miasteczka i zaczęliśmy się rozglądać za jakąś jadłodajnią. Pies stał się problemem - biegał przy nas i na nas zerkał, wskazując jasno, że do nas należy. A my ani nie możemy go trzymać na smyczy, ani nie możemy go odpędzić... zdecydowaliśmy się coś z tym zrobić i po zasięgnięciu języka, znaleźliśmy telefon na policję - w przypadkach nie nagłych. Miła pani wysłuchała co nam się przytrafiło, przekierowała mój telefon do jakiejś innej instytucji, w której pracowała jeszcze milsza pani. Jeszcze milsza pani zapisała sobie mój (bardzo niedokładny) opis psa i moje położenie i powiedziała, że spróbuje coś zrobić, chociaż pewnie nic się nie da zrobić i będziemy musieli po prostu odjechać zostawiając go na parkingu. Po jakiś 10minutach jednak oddzwoniła i powiedziała, że ktoś zgłosił dzisiaj zaginięcie psa. W między czasie nawinęli się jacyś psiarze, którzy powiedzieli jak się nazywa rasa psa i byli w stanie podać dokładniejsze dane na temat jego przybliżonego wieku. Opis się zgadzał, więc Miła Pani przekazała nasz numer zmartwionej właścicielce i umówiliśmy się na odbiór psa. Czekaliśmy z towarzyszącymi nam miłośnikami psów i po jakiś 15 minutach przyjechała właścicielka. Z ulgą przekazaliśmy jej zgubę a ona z wdzięczności dała nam 10 funtów!!! I tak, pozbywając się niewygodnego towarzysza zarobiliśmy na obiad :)
Polecam zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/
wtorek, 7 lutego 2012
Płetwa
Dzisiaj zabawna rzecz mnie spotkała. Żeby ułatwić sobie komunikację w anglojęzycznym środowisku używam często gestów zamiast słów. Między innymi macham ręką jeśli chcę, żeby ktoś lub coś się przesunęło. Moja managerka już jakiś miesiąc temu mi powiedziała, że mam tak nie machać na ludzi bo dostanę w ucho :) Pośmiałyśmy się i na tym się skończyło. Dzisiaj jednak znowu zdażyło mi się zamachać i znowu dostałam ochrzan!
-Jakby mój syn tak na mnie machał to by tak dostał w ucho, że by nie słyszał przez tydzień!
- Machałam na te kartki nie na ciebie :)
- nieważne, nie machaj tak bo to jest bardzo niegrzeczne!
- jak to niegrzeczne? co w tym niegrzecznego? to mowa ciała!
Jeszcze się trochę po przekomarzałyśmy i w końcu, na moje naleganie wyjaśnienia co w tym niegrzecznego, i zapytania o znadnie Gwen (która potwierdziła, że to jest bardzo niegrzeczne), Nikki po chwili zastanowienia powiedziała:
-it's rude because it is dismissive.
-What do you mean 'dismissive'?
-Well it is a gesture which has been used in old times to dismiss a servant, that's why!
= to jest niegrzeczne bo to jest pogardliwe
=co masz na myśli "pogardliwe" (nie znałam tego słowa)
= cóż jest to gest, który w dawnych czasach był używany, żeby odprawić służbę - dlatego.
I tak zderzyłam się kulturową różnicą. Rzeczywiście w narodzie, w którym żyje pamięć o tym jak się odprawia służbę, użycie gestu zamiast wszechobecnego proszę i dziękuję może uchodzić za niegrzeczne. Dostałam pseudonim "Flipper" czyli płetwa :)
A poza tym już czuję się co raz pewniej w pracy i ogólnie dobrze. Ostanio nawet wspólpracownicy przestali się krępować i nabijają się ze mnie i moich zwyczajów, więc czuję się już całkiem swojsko.
-Jakby mój syn tak na mnie machał to by tak dostał w ucho, że by nie słyszał przez tydzień!
- Machałam na te kartki nie na ciebie :)
- nieważne, nie machaj tak bo to jest bardzo niegrzeczne!
- jak to niegrzeczne? co w tym niegrzecznego? to mowa ciała!
Jeszcze się trochę po przekomarzałyśmy i w końcu, na moje naleganie wyjaśnienia co w tym niegrzecznego, i zapytania o znadnie Gwen (która potwierdziła, że to jest bardzo niegrzeczne), Nikki po chwili zastanowienia powiedziała:
-it's rude because it is dismissive.
-What do you mean 'dismissive'?
-Well it is a gesture which has been used in old times to dismiss a servant, that's why!
= to jest niegrzeczne bo to jest pogardliwe
=co masz na myśli "pogardliwe" (nie znałam tego słowa)
= cóż jest to gest, który w dawnych czasach był używany, żeby odprawić służbę - dlatego.
I tak zderzyłam się kulturową różnicą. Rzeczywiście w narodzie, w którym żyje pamięć o tym jak się odprawia służbę, użycie gestu zamiast wszechobecnego proszę i dziękuję może uchodzić za niegrzeczne. Dostałam pseudonim "Flipper" czyli płetwa :)
A poza tym już czuję się co raz pewniej w pracy i ogólnie dobrze. Ostanio nawet wspólpracownicy przestali się krępować i nabijają się ze mnie i moich zwyczajów, więc czuję się już całkiem swojsko.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Trzeba być twardym a nie miętkim
Ostatnio unikam pracowego tematu, nie dlatego, żeby nie było co opowiadać - w końcu to praca wypełnia mój czas, więc coś się w tym czasie dzieje. Nie piszę jednak, żeby się nie dołować. Atmosfera w pracy jest ciężka i nerwowa. Wszyscy zestresowani i bezsilni wobec nadmiaru pracy, oczekiwań i niedoboru zasobów, głównie ludzkich. Najgorsze już co prawda za nami, bo od początku grudnia mamy nową managerkę, ale sytuacja poprawia się nieznacznie i powoli. Nowa managerka nie pracuje szybciej ani dłużej niż stara, więc siłą rzeczy nie może zrobić więcej. Trwamy więc w konieczności wyboru pomiędzy tym co mieliśmy zrobić dwa dni temu, a tym co musi być koniecznie skończone do wczoraj. Pracuję więc pod dużą presją,w atmosferze frustracji i beznadziei.
Wygląda na to, że to się w najbliższym czasie nie zmieni, a właśnie przed świętami mój okres próbny został pozytywnie zakończony, więc będę tak pracować jeszcze przynajmniej 1,5 roku. W związku z tym muszę wyhodować sobie skorupkę chroniącą przed toksyczną frustracją i znaleźć sposób na znalezienie się w zaistniałych okolicznościach.
Uważam ogólnie, że poczucie szczęścia i zadowolenie Człowieka z jego Życiowej Sytuacji jest całkiem niezależne od Sytuacji. Zależy natomiast wyłącznie od Człowieka, czyli jego podejścia i usposobienia. I to jest moja obecna myśl przewodnia.
Zamiast narzekać jak mi ciężko, skupię się na tym, co mogę skorzystać na tej pracy, a potencjalnych korzyści jest sporo.
Jedna wynika już z treści tego wpisu - jestem jeszcze bardziej odporna na stres i presję.
Mój angielski z wolna się poprawia, choć głównie w rozumieniu ze słuchu. Mówię prawdopodobnie tak samo słabo jak wcześniej. Samo przebywanie w anglojęzycznym środowisku nie powoduje, że nowe słówka i poprawna wymowa sama wchodzi do głowy.
Uczę się dużo tego, czego powinnam była się nauczyć na studiach. Najwięcej chyba dają kursy CPPE. CPPE to centrum kształcenia ustawicznego farmaceutów, które oferuje materiały szkoleniowe (i później testy potwierdzające zdobycie wiedzy) z różnych dziedzin wiedzy farmaceutyczno-medycznej. Nie jestem z nich tak zadowolona, jak mi się na początku wydawało, że będę. Kursy te są skonstruowane inaczej niż materiały z których korzystałam na studiach. Nie zawierają całej wiedzy, jaką mam przyswoić w danym kursie. Są raczej przeglądem potrzebnych do nauki źródeł. Podpowiadają skąd wziąć informacje i podsumowują najważniejsze fakty. Żeby więc taki kurs ukończyć trzeba się nalatać po internecie i przekopywać przez stosy artykułów i innych materiałów, często tracąc czas na czytanie zbyt szczegółowych i nie bardzo potrzebnych danych. Musze przyznać, że ostatecznie, po obejrzeniu, choćby pobieżnym, podanych źródeł faktycznie dużo się dowiaduję. Więc ten sposób nauki nie jest nieskuteczny. Ale jest czasochłonny i niewygodny. Być może fakt, że chcę wszystko mieć podane na tacy świadczy o moim lenistwie, ale jednak przyswajanie gotowej i wyselekcjonowanej dla mnie wiedzy wydaje mi się bardziej efektywnym wykorzystaniem mojego ograniczonego czasu.
Moja praca polega między innymi na odpowiadaniu na pytanie "czy mogę wziąć ten lek razem z innymi lekami, które biorę". W związku z tym zmuszona byłam nauczyć się wszystkich interakcji w jakie wchodzi syrop na kaszel :) Jest bardzo fajna strona: http://www.medicines.org.uk/ emc/ która podaje informacje na co dany lek warto stosować, a jakie są niebezpieczeństwa. Zaletą jest to, że podaje tylko te istotne informacje, a nie wymienia wszystkich możliwych, prawdopodobnych i teoretycznych działań niepożądanych jakie kiedykolwiek wystąpiły albo mogą wystąpić - co często się zdarza w polskich źródłach. Wada jest taka, że nazwę leku (składnika aktywnego) trzeba dobrze wpisać po angielsku. Polecam niniejszym wszystkim zainteresowanym.
Postanowienie noworoczne mam takie, żeby się zmobilizować i po pracy jednak poświęcić trochę czasu i się pouczyć. Czy to angielskiego czy to czegoś o lekach, ale jednak, żeby coś porobić konstruktywnego. Ostatnio z powodu ciężaru pracy i poziomu stresu skupiłam się bardziej na tym, żeby w pracy jak najwięcej pracować, a w domu spoczywam na laurach, zadowolona z siebie, że udało mi się przetrwać kolejny dzień na polu bitwy z czasem. Tymczasem skutek tego jest taki, że z wyjazdu da Anglii wynoszę głównie zmęczenie... Nie tracąc więc więcej czasu zabieram się do nauki! :)
Wygląda na to, że to się w najbliższym czasie nie zmieni, a właśnie przed świętami mój okres próbny został pozytywnie zakończony, więc będę tak pracować jeszcze przynajmniej 1,5 roku. W związku z tym muszę wyhodować sobie skorupkę chroniącą przed toksyczną frustracją i znaleźć sposób na znalezienie się w zaistniałych okolicznościach.
Uważam ogólnie, że poczucie szczęścia i zadowolenie Człowieka z jego Życiowej Sytuacji jest całkiem niezależne od Sytuacji. Zależy natomiast wyłącznie od Człowieka, czyli jego podejścia i usposobienia. I to jest moja obecna myśl przewodnia.
Zamiast narzekać jak mi ciężko, skupię się na tym, co mogę skorzystać na tej pracy, a potencjalnych korzyści jest sporo.
Jedna wynika już z treści tego wpisu - jestem jeszcze bardziej odporna na stres i presję.
Mój angielski z wolna się poprawia, choć głównie w rozumieniu ze słuchu. Mówię prawdopodobnie tak samo słabo jak wcześniej. Samo przebywanie w anglojęzycznym środowisku nie powoduje, że nowe słówka i poprawna wymowa sama wchodzi do głowy.
Uczę się dużo tego, czego powinnam była się nauczyć na studiach. Najwięcej chyba dają kursy CPPE. CPPE to centrum kształcenia ustawicznego farmaceutów, które oferuje materiały szkoleniowe (i później testy potwierdzające zdobycie wiedzy) z różnych dziedzin wiedzy farmaceutyczno-medycznej. Nie jestem z nich tak zadowolona, jak mi się na początku wydawało, że będę. Kursy te są skonstruowane inaczej niż materiały z których korzystałam na studiach. Nie zawierają całej wiedzy, jaką mam przyswoić w danym kursie. Są raczej przeglądem potrzebnych do nauki źródeł. Podpowiadają skąd wziąć informacje i podsumowują najważniejsze fakty. Żeby więc taki kurs ukończyć trzeba się nalatać po internecie i przekopywać przez stosy artykułów i innych materiałów, często tracąc czas na czytanie zbyt szczegółowych i nie bardzo potrzebnych danych. Musze przyznać, że ostatecznie, po obejrzeniu, choćby pobieżnym, podanych źródeł faktycznie dużo się dowiaduję. Więc ten sposób nauki nie jest nieskuteczny. Ale jest czasochłonny i niewygodny. Być może fakt, że chcę wszystko mieć podane na tacy świadczy o moim lenistwie, ale jednak przyswajanie gotowej i wyselekcjonowanej dla mnie wiedzy wydaje mi się bardziej efektywnym wykorzystaniem mojego ograniczonego czasu.
Moja praca polega między innymi na odpowiadaniu na pytanie "czy mogę wziąć ten lek razem z innymi lekami, które biorę". W związku z tym zmuszona byłam nauczyć się wszystkich interakcji w jakie wchodzi syrop na kaszel :) Jest bardzo fajna strona: http://www.medicines.org.uk/
Postanowienie noworoczne mam takie, żeby się zmobilizować i po pracy jednak poświęcić trochę czasu i się pouczyć. Czy to angielskiego czy to czegoś o lekach, ale jednak, żeby coś porobić konstruktywnego. Ostatnio z powodu ciężaru pracy i poziomu stresu skupiłam się bardziej na tym, żeby w pracy jak najwięcej pracować, a w domu spoczywam na laurach, zadowolona z siebie, że udało mi się przetrwać kolejny dzień na polu bitwy z czasem. Tymczasem skutek tego jest taki, że z wyjazdu da Anglii wynoszę głównie zmęczenie... Nie tracąc więc więcej czasu zabieram się do nauki! :)
niedziela, 27 listopada 2011
Kominy
niedziela, 6 listopada 2011
Polskie Wszystkich Świętych
Jesteśmy w Polsce. Wszystkich Świętych jak co roku.
Pomyślałam, że to trochę nie fair, że jeżdżąc po obcych krajach ekscytujemy się zwykłą rzeczywistością - fotografujemy ją, rozmawiamy o niej i usiłujemy zrozumieć. Tymczasem obok rodzimej rzeczywistości przechodzimy obojętnie. Czas to zmienić. Tym razem zdjęcia z chyba wyłącznie polskiego zwyczaju świętowania Wszystkich Świętych. Z komentarzem dla anglojęzycznych oglądających.
Pomyślałam, że to trochę nie fair, że jeżdżąc po obcych krajach ekscytujemy się zwykłą rzeczywistością - fotografujemy ją, rozmawiamy o niej i usiłujemy zrozumieć. Tymczasem obok rodzimej rzeczywistości przechodzimy obojętnie. Czas to zmienić. Tym razem zdjęcia z chyba wyłącznie polskiego zwyczaju świętowania Wszystkich Świętych. Z komentarzem dla anglojęzycznych oglądających.
poniedziałek, 24 października 2011
Weekend z Davidem i Jane
Pamiętacie Davida i Jane, u których spędziliśmy pierwszy tydzień w Anglii? Odwiedziliśmy ich w ten weekend i udaliśmy się wspólnie do Parku Narodowego Peak District. Wycieczka bardzo udana, zwłaszcza, że David wszystko nam opowiadał i tłumaczył. Robił więc za przewodnika z dodatkową zaletą, że mówił nie tylko o mijanych atrakcjach, ale też na wszystkie inne tematy. Bardzo dobrze się czuliśmy w ich towarzystwie - tak samo jak poprzednim razem.
Peak District to park leżący pomiędzy kilkoma dużymi ośrodkami miejskimi. Zrozumiałe więc, że park jest oblegany przez turystów. Tym razem jednak nie było bardzo tłoczno i chodziło się z przyjemnością.
Peak District National Park
Sheffield jest nie tylko dużą aglomeracją miejską ale też zagłębiem górniczo hutniczym - obecnie niezbyt aktywnym - kopalnie i huty zamknięto za rządów Margaret Thatcher i nadal jest tam dość duże bezrobocie.
Chodziliśmy po północno-wschodniej części parku. dokładnie po tym terenie: http://maps.google.co.uk/
Były tam piękne wrzosowiska - niestety już przekwitłe :( i ciekawe skalne formacje, spotykane w Polsce tylko w pobliżu wysokich gór. Krajobrazy ładne, choć podziwianie było nieco utrudnione przez wiszącą mgłę i chmury. Najpierw przeszliśmy się przy brzegu klifu podziwiając odsłonięte, urwiste skały. Potem szliśmy przez otwarte, wietrzne wrzosowiska. Krajobraz był jak wyjęty z Narnii - dokładnie ze Srebrnego Krzesła, gdzie dzieci idą przez wietrzne pustkowia porośnięte niską roślinnością i usiane skałami, natrafiając od czasu do czasu na skaliste pagórki. Pomiędzy skałami można było nieco odpocząć od urywającego głowę wiatru. Porównanie nasuwało mi się same.
Po południu zeszliśmy w dolinę, będącą polodowcowym wąwozem. Niezbyt strome zbocze było pokryte szarymi gazami, pomiędzy którymi powykręcane dęby walczyły o przetrwanie. Krajobraz bardzo sielski i ładny. Na koniec zostaliśmy zawiezieni i oprowadzeni po Creswell Crags. Jest to zespół jaskiń zamieszkałych przez ludzi w epoce lodowcowej. Po dniu pełnym wrażeń poszliśmy na wspólny obiad (Maniuch spróbował lokalnego piwa - podobno dobre) i w końcu trzeba było się pożegnać.
Zdjęcia w galerii
Peak District to park leżący pomiędzy kilkoma dużymi ośrodkami miejskimi. Zrozumiałe więc, że park jest oblegany przez turystów. Tym razem jednak nie było bardzo tłoczno i chodziło się z przyjemnością.
Peak District National Park
Sheffield jest nie tylko dużą aglomeracją miejską ale też zagłębiem górniczo hutniczym - obecnie niezbyt aktywnym - kopalnie i huty zamknięto za rządów Margaret Thatcher i nadal jest tam dość duże bezrobocie.
Chodziliśmy po północno-wschodniej części parku. dokładnie po tym terenie: http://maps.google.co.uk/
Były tam piękne wrzosowiska - niestety już przekwitłe :( i ciekawe skalne formacje, spotykane w Polsce tylko w pobliżu wysokich gór. Krajobrazy ładne, choć podziwianie było nieco utrudnione przez wiszącą mgłę i chmury. Najpierw przeszliśmy się przy brzegu klifu podziwiając odsłonięte, urwiste skały. Potem szliśmy przez otwarte, wietrzne wrzosowiska. Krajobraz był jak wyjęty z Narnii - dokładnie ze Srebrnego Krzesła, gdzie dzieci idą przez wietrzne pustkowia porośnięte niską roślinnością i usiane skałami, natrafiając od czasu do czasu na skaliste pagórki. Pomiędzy skałami można było nieco odpocząć od urywającego głowę wiatru. Porównanie nasuwało mi się same.
Po południu zeszliśmy w dolinę, będącą polodowcowym wąwozem. Niezbyt strome zbocze było pokryte szarymi gazami, pomiędzy którymi powykręcane dęby walczyły o przetrwanie. Krajobraz bardzo sielski i ładny. Na koniec zostaliśmy zawiezieni i oprowadzeni po Creswell Crags. Jest to zespół jaskiń zamieszkałych przez ludzi w epoce lodowcowej. Po dniu pełnym wrażeń poszliśmy na wspólny obiad (Maniuch spróbował lokalnego piwa - podobno dobre) i w końcu trzeba było się pożegnać.
Zdjęcia w galerii
Subskrybuj:
Posty (Atom)
