sobota, 15 października 2011

Narodowościowe okulary

Nie jestem z tego zadowolona, ale chyba czas przestać udawać, że jest inaczej. Muszę przyznać, że odkąd jestem za granicą, czyli od początku tego roku, patrzę na świat z jednego punktu widzenia - z perspektywy Polki.
Wszystko oglądam przez pryzmat swojej polskości. Towar w sklepach oglądam jako "to co można kupić w Anglii" mijane budynki jako "to co budują w Anglii". Oglądając telewizję oglądam angielską telewizję i dowiaduję się o czym się mówi Anglii, a nie co się stało na świecie. Nie mogę się od tego uwolnić. Najgorsze chyba, że spotykanych ludzi postrzegam jako Anglików, a dopiero później osobne osoby. O poznanych osobach myślę: "ten Anglik jest taki", a tamta Angielka jest taka. A ta, to Polka i jest taka. I jeszcze poznałam jedną Ukrainkę. I Włocha. A ta też jest Angielką.
Przyłapuję się na tym, że (niczym własna babcia) pierwsza informacja jaką chcę poznać o nowej osobie to jej kraj pochodzenia. Dopiero to pozwala mi jakoś myśleć o osobie.

Wszystko co tu nowego spotykam, czego się dowiaduję i co poznaję przyrównuję do Polski, także raczej rozważam cały czas jakie są różnice i podobieństwa niż po prostu się czegoś dowiaduję.
I gadam stale o Polsce.

Już w Stanach mieliśmy z tym problem. Poznaliśmy tam amerykański sposób patrzenia na świat i na swój kraj i zazdrościliśmy Amerykanom dumy z ich kraju, zupełnie niezależnej od obiektywnej wartości tegoż. Ciągle myśleliśmy o tym, że Polacy nie potrafią być dumni z Polski i jedyne co potrafią to na nią narzekać i mówić wszystkim, jaką to smutną i ciężką mieliśmy historię i jak smutno i ciężko się w Polsce żyje. I myśleliśmy o tym polskim pesymizmie i narzekaniu bardzo źle. Po czym za każdym razem jak ktoś nas zapytał o Polskę, opowiadaliśmy o niej i o Polakach dokładnie w taki sam sposób - prezentowaliśmy wizję smutnego i ciężko doświadczonego przez lata kraju, który jednak jakoś trwa, chociaż co to za trwanie... Chyba najbardziej jaskrawym przykładem był jeden wieczór u Pani Elżbiety, który spędziliśmy na wspólnym narzekaniu na to, że Polacy stale narzekają na Polskę i o tym jak w tej Polsce jest (nędznie). Rozmowa wyszła sama z siebie i bardzo dobrze się gadało... A potem sobie uświadomiliśmy, że to co robiliśmy przez ostatnich kilka godzin to dokładnie to co nam się nie podoba.

Teraz w pracy też cały czas porównuję wszystko do Polski i mam wrażenie, że niczego nie uczę się i nie poznaje takim jakie jest, ale wszystko jest lepsze, gorsze, albo po prostu jakieś w porównaniu do tego co jest w Polsce.

Oczywiście z jednej strony można powiedzieć, że to jest całkowicie naturalne - nowe doświadczenie jest nowe dlatego, że jest inne od tego co było wcześniej, od tego co znane, czyli starego. Decyzję o emigracji podjęliśmy między innymi dlatego, że chcieliśmy doświadczyć czegoś nowego, znaczy innego od tego co było wcześniej. Główna zmiana jaka nastąpiła to zmiana kraju, więc naturalnie inność jaką tu spotykamy wkładamy do worka o nazwie "Anglia" i wyrabiamy sobie zdanie na temat tego jaka jest Anglia - w porównaniu do tego jaka jest Polska.
Mimo tego, że w pewnym stopniu jest to naturalne i zrozumiałe, jestem z tego swojego polskiego sposobu postrzegania świata niezadowolona - mam wrażenie, że wpadam w skrajność i wszystko musi mieć przyporządkowaną narodowość. Żaden mijany dom nie jest po prostu ładny - jest to raczej angielski, ładny dom. Żaden zwyczaj nie jest po prostu ciekawy - jest to ciekawy, angielski zwyczaj. i tak ze wszystkim. W ten narodowościowy pryzmat, przez który patrzę na świat, wpisują się też spotykani ludzie - Anglicy, Polacy i inni imigranci. Staram się unikać zakładania, że ktoś coś myśli albo robi dlatego, że jest danej narodowości, ale nie za bardzo mi się to udaje. Na przykład ostatnio Debbie narzekała na jednego polskiego farmaceutę, że jest sztywny i trzyma się zbyt dosłownie wszystkich przepisów - był to opis zachowania tej osoby i jej podejścia do pracy i to, że chłopak jest Polakiem nie ma tu nic do rzeczy. Ja jednak się zdziwiłam, że Polak ma takie podejście do przepisów, bo my w Polsce... i tu zaczęłam opis jak to polskie prawo jest niekonsekwentne i nikt rozsądny się go nie trzyma i ogólnie to Polacy rzadko się prawem i przepisami przejmują... I tak mój narodowościowo-stereotypowy punkt widzenia się ujawnił. Nie jestem z tego zadowolona. Wolałabym myśleć o sobie, że potrafię wznieść się ponad przestarzałe i niemające racji bytu podziały narodowościowe  postrzegać ludzi i zdarzenia takimi jakie są, a nie dodawać do wszystkiego przymiotnik odpowiadający krajowi pochodzenia. Oceniać na podstawie innych cech, niż narodowość i przede wszystkim nie kierować się stereotypami. A tu nici.

niedziela, 2 października 2011

Co mi się tu nie podoba

Tym razem napisze trochę o tym co mi się nie podoba i co mnie dołuje. Mogę ogólnie powiedzieć że są dwie rzeczy, które mi się nie podobają. Chociaż przymierzając się do tego wpisu myślałam, że napiszę co mi się nie podoba w Anglii, wychodzi na to, że to co mi się nie podoba nie jest wcale angielskie :).  Numer jeden to czynniki korporacyjne - więc międzynarodowe a numer dwa to czynniki... polskie.

1.Nie podoba mi się, że stale nie mam czasu i jestem ciągle zmęczona. Pracuję codziennie 9 godzin i ani na chwilę nie przestaję pracować na pełnych obrotach. Pracy dla farmaceuty (i dla innych pracowników z resztą też) jest tak dużo, że nikt ani na chwilę nie przestaje pracować. Muszę więc przez cały czas być maksymalnie skupiona, zwłaszcza, ze wszystko dzieje się w obcym języku. Co gorsza pracuję na stojąco. Podczas całego dnia pracy mam prawo do przerwy w trakcie której co prawda i tak pracuję, ale mogę sobie usiąść - poza tym cały czas stoję sprawdzając niekończący się stos koszyczków z lekami. Bolą od tego nogi i plecy i potęguje to moje zmęczenie samą pracą. Poza tym uniemożliwia to nam chodzenie na spacery po pracy co jest jeszcze gorsze.

Mamy w aptece jedno krzesło, którego mogłabym używać w czasie pracy. Zagrabiłam je zaraz drugiego dnia, jak się zorientowałam jakie tu mają wobec mnie plany. Niestety następnego dnia, gdy chciałam powtórzyć ten manewr managerka powiedziała mi, że nie mogę brać tego krzesła bo stanowi to zagrożenie BHP jak na nim siedzę -że niby siedzę w przejściu. Argument był absurdalny, bo siedząc nie zajmuję wcale więcej miejsca niż stojąc, ale niestety bitwę przegrałam. Podjęłam jeszcze pewne próby walki o prawo moich nóg do życia bez bólu, ale niestety nieudanych. Jedyne co udało mi się osiągnąć to prawo do siedzenia podczas sprawdzania przygotowanych tacek z lekami dla domów opieki albo osób niepełnosprawnych - to sprawdzanie zajmuje więcej czasu i miejsca, i odbywa się bardziej z tyłu apteki. Mogę więc siedzieć na tym krześle przez kilka godzin, może wyszedłby jeden dzień w tygodniu czasu pracy i to tylko wtedy, kiedy nikt inny go nie używa. Krzesło jest bowiem przeznaczone do pracy przy komputerze, która następuje ok. 2 razy w tygodniu i trwa 2-4h.

Poza czynnikiem bolących nóg, na moje ogólne wykończenie wpływa ilość pracy do zrobienia. Polityka firmy zakłada wyciskanie z pracowników wszystkiego co się da i tego co się nie da też. Ilość pracowników jest więc tak obliczona, żeby było ich zawsze o trochę za mało, także ze wszystkim trzeba się spieszyć i praca nigdy nie jest skończona. Poza tym - i to jest kolejna irytująca rzecz- polityka firmy nie zakłada zatrudniania dodatkowych pracowników (albo płacenia obecnym za nadgodziny) gdy ktoś idzie na urlop albo jest chory. Czyli jak kogoś nie ma, to jest jeszcze mniej ludzi do wykonania tej samej pracy.
To wszystko składa się na moje permanentne wyczerpanie, skutkujące kładzeniem się spać o 21 i wyglądaniem jak warzywo w czasie między pracą a spaniem. Biedny Maniuch karmi mnie i pielęgnuje jak przychodzę, w nagrodę dostając tylko pogłaskanie mdlejącą ręką i wdzięczność w sercu...


Ja nie czuję się tym natłokiem pracy i co raz bardziej absurdalnymi wymaganiami jakoś osobiście dotknięta. Do wszystkiego co tu, w Anglii, spotykam podchodzę z dużym dystansem i rezerwą. Raczej obserwuję jak to działa i jak ludzie reagują niż sama się przejmuję. Jednak inni pracownicy biorą to bardziej do siebie. Właśnie z powodu coraz bardziej niewspółmiernych oczekiwań do możliwości załogi, moja managerka złożyła rezygnację i za miesiąc odchodzi z pracy. Stwierdziła, że spełnienie wszystkich oczekiwań i obowiązków jakie są na nią nakładane jest niemożliwe przy tej ilości zasobów, głównie ludzkich, i ma dość życia pod nieprzezwyciężalną presją. Decyzja oczywiście trudna, zwłaszcza, że nie znalazła jeszcze nowej pracy, więc powoduje silne reakcje emocjonalne - Debbie wylewa teraz całą frustrację narzekając na głupotę firmy i wypominając jej wszystkie błędy i niedoskonałości. Ja traktuję to nadal na zasadzie ciekawostki, ale też dowiaduję się wielu rzeczy o funkcjonowaniu firmy -  wielokrotnie rzeczywiście absurdalnych. Jedyne czego wtedy żałuję, to że nie umiem jednocześnie pracować i słuchać rozmów innych pracowników - mój angielski, choć coraz lepszy, nie jest jeszcze wystarczająco dobry, żeby rozumieć czyjąś rozmowę bez dużego skupienia na niej.

2. Druga rzecz, która mnie załamuje to że tak mało wiem. Zderzenie poziomu mojego przygotowania do pracy z panującymi tu standardami i oczekiwaniami spowodowało drastyczne pogorszenie się mojej opinii o polskim szkolnictwie wyższym i zarazem zdołowanie obawą o niesprostanie wymaganiom. Już pisałam, że jestem zdumiona brakami we własnej wiedzy- niestety im dłużej pracuję, tym więcej tych braków widzę i tym wyraźniej sobie uświadamiam, jak daleko w polu jest w Polsce cała branża farmaceutyczna, w tym poziom kształcenia. Niestety wiedząc o tym, że lekarze są w Polsce uczeni przez tych samych "specjalistów", obawiam się co raz bardziej o to, czy leczenie się w Polsce może komukolwiek wyjść na zdrowie... No dobrze, ale przejdźmy od narzekania do konkretów

Czego mianowicie mi brakuje? Przede wszystkim polskiej służbie zdrowia (i za razem mnie, w tejże służbie wykształconej) brakuje ustalonych procedur i standardów oraz rzetelnych źródeł informacji. Schematów postępowania, popartych jakimiś wiarygodnymi źródłami/badaniami. Z tego powodu w Polsce można usłyszeć różne zalecenia od różnych lekarzy, a w aptekach panuje całkowita samowolka. Już na stażu w Poznaniu zauważyłam, że jakkolwiek nasza kierowniczka potrafiła doradzić w wielu problemach i orientowała się w stosowanych lekach, tak źródła jej wiedzy stanowiły przede wszystkim doświadczenia własne i znajomych, poparte jedynie odrobiną wiedzy o samych lekach, pozwalającej z tych doświadczeń wybrać te z większym prawdopodobieństwem skuteczności. Młodzi farmaceuci uczą się od od starszych kolegów "sprytnych sposobów" na leczenie, a nie mają dostępu do solidnej, obiektywnej i zoptymalizowanej WIEDZY i procedur. Opierają się na tym co od kogoś usłyszeli i na opisach produktów dostępnych w aptece, które nie są przez nikogo kontrolowane i mogą zawierać całkowicie wyssane z palca informacje. Produkty, które są bez recepty, nawet te, które nie są suplementami diety, nie podają informacji jak i na co można je stosować, a kiedy iść do lekarza. Studia farmaceutyczne nie uczą w ogóle diagnostyki, więc aptekarze nie mają wiedzy, pozwalającej ocenić, czy prezentowane przez pacjenta objawy to coś poważnego, czy coś nadającego się do samoleczenia. Nic więc dziwnego, że mało co jest w Polsce dostępne bez recepty - nikt nie daje niedouczonym farmaceutom prawa do decyzji o tym, co można bezpiecznie leczyć bez zawracania głowy lekarzowi. Co więcej dowiedziałam się tutaj, że wiele leków, które są w Polsce tylko na receptę, jest owianych w społeczeństwie, ale też w środowisku farmaceutycznym mitem niebezpieczności, jak się okazuje opartym właściwe na niewiedzy i zakładaniu, że lepiej nie ryzykować, niż na jakiś konkretnych informacjach.

Na przykład tzw. "antykoncepcja po" czyli tabletki z dużą dawką gestagenów zapobiegające ciąży, sosowane do 72h po stosunku. W Polsce tylko na receptę i postrzegane jako niebezpieczna, powalająca dawka hormonów rozwalająca kompletnie równowagę hormonalną i powodująca nie wiadomo jakie spustoszenie w organizmie. Do tego jej działanie (jak się uważa nad Wisłą) ma polegać na uniemożliwianiu zagnieżdżenia się zapłodnionego jajeczka w macicy. Okazuję się, że NIC z tego nie jest prawdą. Dawka hormonów w tych tabletkach jest duża w stosunku do tabletek antykoncepcyjnych, ale nie dość duża, żeby spowodować jakiekolwiek negatywne zmiany z gospodarce hormonalnej kobiety. Jedynym przeciwwskazaniem do stosowania jest ciężka niewydolność wątroby i ostra porfiria. Jedyne zmiany w organizmie jakie są przez tabletkę wywoływane, to zatrzymanie jajeczkowania  i możliwość wywołania miesiączki w ciągu 7 dni od wzięcia tabletki (16% pacjentek) albo 3 dni wcześniej lub później niż normalnie (50% pacjentek). Co więcej gestageny zawarte w tabletce są całkowicie bezpieczne dla zygoty i płodu - jeśli kobieta już jest w ciąży i weźmie tabletkę, dziecku nic się nie stanie, ciąża będzie trwała bez przeszkód. Działania niepożądane to możliwość mdłości (14% pacjentek) i wymiotów (1% pacjentek). Nie ma przeciwwskazań do tego, żeby tabletkę stosować więcej niż raz w danym cyklu i nie daje ona zabezpieczenia antykoncepcyjnego na dłużej niż 5 dni. Nie ma też przeciwskazań do tego, żeby tabletkę stosować u dzieci (w Lincolnshire dziewczynkom od 13 roku życia tabletkę może wydać farmaceuta, poniżej - lekarz). I teraz uwaga - to co tu napisałam wiem z artykułu naukowego, popartego wieloma badaniami klinicznymi, a nie od pani kierowniczki, której się wydaje, że wszystko będzie dobrze. I to robi dużą różnicę. Muszę tu przyznać, że sama jak to pierwszy raz czytałam, nie mogłam uwierzyć i wszystko się we mnie buntowało - jak to, to nie wiedzą w tej Anglii, jakie te tabletki są wyniszczające? Podejrzewałam, że to jakaś Zachodnia propaganda i obyczajowa zgnilizna. Artykuł jednak był naprawdę dobrze uźródłowiony i poszukałam jeszcze innych publikacji -szystkie potwierdzały te same informacje. W końcu zastanowiłam się, skąd właściwie wiem, że "antykoncepcja po" jest niebezpieczna i wyszło mi, że "tak słyszałam"...  A na studiach zdaje się, że w ogóle o tym nie było.

Inny przykład do kremy i spraye steroidowe. O kortykosteroidach było na studiach dużo. Uczyliśmy się o wszystkich zagrożeniach i działaniach niepożądanych i to oczywiście dobrze. Jednak tu, w Anglii, dowiedziałam się nie dawno, że to czego się uczyłam w Polsce, może i ma znaczenie teoretyczne, ale nie ma żadnego przełożenia na praktykę. Uczenie farmakologii w Polsce nie zakłada rozróżnienia na działania niepożądane częste i rzadkie i też nie mówi po jakim okresie stosowania danego leku dane działania może wystąpić. Nie uczy się też które konkretnie leki są bardziej, a które mniej skuteczne i niebezpieczne. Tutaj mam dostęp do praktycznych informacji. Dopiero tu dowiedziałam się, że hydrokoryzon jest całkowicie bezpieczny do stosowania przez tydzień, np. na ugryzienia owadów., co w Polsce jest uważane, ze nadużywania sterydów i wystawianie się na poważne niebezpieczeństwo. Ogólnie też wiedza, do której mam dostęp tutaj jest dużo lepiej zorganizowana:
tu link do artykułu na wikipedii, który napisałam podczas studiów: http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Kortykosterydy&oldid=13060396
A tu do artykułu który napisałam po przeczytaniu (i tak tylko części) informacji z BNFu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Glikokortykosteroidy
różnica w szczegółowości i praktyczności informacji jest ogromna. Ale chyba najbardziej mnie załamało, jak czytałam to:

"Nagłe odstawienie kortykosterydów może doprowadzić do ostrej niewydolności nadnerczy, spadku ciśnienia, a nawet śmierci[1].
U pacjentów z posteroidową niewydolnością nadnerczy standardowe znieczulenie przed operacją może spowodować nagły, znaczny spadek ciśnienia[1]. Anestezjolog musi wiedzieć czy pacjent zażywa lub niedawno odstawił kortykosteroidy. Jeśli tak, powinien odpowiednio zwiększyć ich dawkę (lub je podać, jeśli zostały już odstawione) przed znieczuleniem pacjenta[1].
Schemat postępowania dla pacjentów przyjmujących 10mg prednizolonu dziennie (lub równoważną ilość innego kortykosteroidu) przez ponad trzy miesiące jest następujący[1](...):

Otóż wyobraźcie sobie, że ze studiów w Polsce nie wyniosłam informacji o tym, że znieczulenie jest niebezpieczne dla pacjentów biorących sterydy... Jak w takich warunkach lekarz, mógłby zaufać koledze farmaceucie, że mu dobrze doradzi w sprawach stosowania i zagrożeń terapii lekowej? Szkoda słów...

Wracając jednak do tego co mnie dołuje na co dzień, to jest to niemożność odpowiedzi na pytania pacjentów.
-Nie umiem rozpoznać prezentowanych mi codziennie zmian skórnych. O leczeniu tychże też mam raczej blade pojęcie.
-Nie wiem w jakie interakcje wchodzą ze sobą leki. To na szczęście mogę zawsze sprawdić w poręcznym BNFie.
-Nie wiem jakie dawki są bezpieczne, a jakie niebezpieczne i co dla kogo. Dziś np. wyczytałam, że ibuprofen w dawkach powyżej 1,2g dziennie powoduje wzrost ryzyka zawału serca. Nie przypominam sobie, żebym na studiach uczyła się o potencjalnym negatywnym działaniu leków przeciwzapalnych na serce, a tu proszę, okazuje się, że poza ibuprofenem w dużych dawkach, diklofenak i celekoxib są przeciwwskazane w niewydolności sercowej i chorobie niedokrwiennej.
-Nie wiem jak objawiają się działania niepożądane leków. Nawet jak wiem jakie są możliwe działania niepożądane, to często nie umiem ocenić, czy to co mi pacjent opisuje jest tym działaniem czy nie. -Nie wiem też, które skutki uboczne są częste, a które prawie nigdy się nie zdarzają; które są poważne, a które same miną.
-Nie wiem które leki działają silniej od innych z tej samej grupy...

Spotykam się też z masą bardziej szczegółowych pytań i wątpliwości na które zwyczajnie nie wiem co odpowiedzieć. Wstydzę się swojej niewiedzy i wyprowadza mnie ona z równowagi. Zwłaszcza w obliczu moich wiecznie dobrych osiągów na studiach. Tak jak już pisałam ostatnio - coraz bardziej przeraża mnie świadomość, że osoba z moim poziomem wiedzy, uchodzi w Polsce za dobrze wykształconą i poinformowaną...

Byle jaka edukacja przyczynia się do zwyczajnie kiepskiej jakości świadczonych w Polsce usług farmaceutycznych. Nic dziwnego, że aptekazre w Polsce są szanowani (jeśli w ogóle) raczej jak szanuje się doświadczoną sąsiadkę, a nie są postrzegani jak profesjonaliści. Moim zdaniem po prostu dlatego, że profesjonalistami nie są. Brak im rzetelnych podstaw do świadczenia profesjonalnych usług.

Czy uważam, że można by do przeładowanych studiów farmaceutycznych dodać jeszcze te wszystkie rzeczy, jakich mi teraz brakuje? Moim zdaniem tak. Szczególnie, jakby się wyrzuciło wielogodzinne ćwiczenia powtarzające wiedzę z poprzednich przedmiotów, np. z chemii analitycznej. Nie narzekam na chemię analityczną - uważam, że taki przedmiot musi być na studiach, ale też uważam, że został wystarczająco dobrze nauczony za pierwszym razem. To chyba nie jest tylko moja obserwacja, że po tym jak przerobiliśmy syntezę i analizę chemiczną na drugim roku przerabialiśmy ją jeszcze raz na chemii leków, bromatologii, syntezach i tokskologii (i pewnie jeszcze na kilku innych przedmiotach). Parę godzin tygodniowo z każdego z tych przedmiotów, po to żeby jeszcze raz i jeszcze raz poćwiczyć miareczkowanie. A można się było w tym czasie nauczyć nieco praktycznej wiedzy o leczeniu lekami...

poniedziałek, 5 września 2011

Boston Stump


Katedra w Bostonie pod wezwaniem świętego Botolpha stoi tu już 700 lat. Msze odprawia się w tym miejscu od 654 roku (tak, od dawna), w XIV wybudowano większy kościół - ten, który stoi tu teraz. W 1450 rozpoczęto trwającą 60 lat budowę imponującej wieży. Efekt - największy w Anglii kościół parafialny (który jest parafialny nieprzerwanie od 1309 roku) góruje nad miastem.
O świętym Botolfie niewiele wiadomo. Prawdopodobnie był opatem żyjącym w VII wieku. Przypisuje mu się założenie kilku kościołów w naszej okolicy - do dziś kilkadziesiąt kościołów w środkowo-wschodniej Anglii jest pod jego wezwaniem. W którymś z nich przeczytaliśmy, że był pewnego rodzaju misjonarzem, podróżującym po tych terenach i zakładającym społeczności chrześcijańskie i kościoły. Jest patronem podróżnych i różnych spraw związanych z rolnictwem.

Od imienia Botolfa pochodzi nazwa Boston - jest to typowy dla wymowy angielskiej skrót od słów "Miasto Botolfa" albo "kamień Botolfa ("Botolph's stone" or "Botolph's town") Bo...s...ton

W galerii zdjęcia.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Ely

Wracając z lotniska po odstawieniu Mamy na samolot postanowiliśmy zatrzymać się na jakieś szybkie zwiedzanie. Padło na Ely - było wymienione jako okoliczna atrakcja turystyczna i było po drodze.

Miasteczko ma 15 tysięcy mieszkańców. Nie jest wcale bardzo słynne ani nie jest wielką atrakcją turystyczną. Ogólnie jest raczej niepozorne.
To co tam zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Dech nam zaparło, mowę odebrało, brew uniosło. Zobaczcie zdjęcia:

Zdjęcia z Ely z opisem



niedziela, 21 sierpnia 2011

zwiedzanie

Po trzech miesiącach spędzonych w Anglii wreszcie nadarzyła się okazja żeby trochę pozwiedzać okolicę. W poprzednią niedzielę przyjechała Mama Maniucha i spędziła u nas cały tydzień.

Odwiedziliśmy Cambridge i Grantham. Zwiedziliśmy też dokładnie Boston, a raczej zrobił to Maniuch z Mamą, w czasie kiedy ja byłam w pracy.

Nasz ogólny wniosek jest taki, że Anglia jest stara i od dawna bogata. Ilość wiekuistych budynków i przedmiotów jest zatrważająca. Miasteczka w Lincolnshire są do siebie ogólnie podobne - składają się z domków z czerwonej cegły i imponującej katedry (lub katedr) z piaskowca. Kościoły są tysiącletnie i są dziełami sztuki. Ciekawostka - mają drewniane sufity zamiast charakterystycznych w Polsce sklepień krzyżowo-żebrowych. Ogólnie wszystko jest ładne i zadbane, a okna, drzwi i fasady są świeżo pomalowane. Trawniki natomiast są idealnie przycięte, miękkie i zieloniutkie. Podoba nam się ten uporządkowany styl.

Cambridge miało inny charakter. Po pierwsze mniej było cegły, a więcej piaskowca, co zmienia zupełnie wygląd miasta, poprzez zmianę ogólnej kolorystyki. Po drugie Cambridge ma charakter raczej uniwersytecko-turystyczny niż mieszkalny. Jest też większe i wyraźnie jest od dawna ważnym ośrodkiem, a nie prowincjonalną mieściną. zdjęcia

W Grantham, poza zwiedzaniem miasta, zaliczyliśmy lokalną atrakcję - Balton House. Zbudowany w 1688 roku luksusowy pałac do dziś cieszy oko bogatym wnętrzem i pięknymi ogrodami. Jest też klasycznym przykładem stylu karoliańskiego -moja znajomość stylów architektonicznych skłania mnie do nazwania go raczej wczesnym stylem klasycystycznym. Był rzeczywiście piękny i interesujący, i wyjątkowo dobrze zachowany. Patrząc na ten (kolejny) przykład dóbr pozostających w doskonałym stanie mimo upływu czasu, znów zadumaliśmy się nad niebywałą stabilnością tego kraju i jego bogactwa - nie było tu od czasów Cromwella żadnej wyniszczającej wojny, przetaczających się w te i z powrotem wojsk ani nagłych zmian przynależności politycznej i ustroju państwa... Dobrze tu mają ci Anglicy :)
zdjęcia

studia, studia i po studiach. a człowiek ciągle głupi

W pracy co raz lepiej. Rozumiem mniej więcej co ludzie mówią, zorientowałam się też z grubsza co i jak się robi w tej aptece, także co raz rzadziej muszę pytać i mam szansę wykazać jakąś inicjatywę. Sprawdzanie recept idzie mi już na tyle sprawnie, że nie robię zaległości, a wręcz nadganiam. Jetem więc z siebie dumna, i czuję się w pracy swobodniej.

Główny problem i wyzwaniem jakie przede mną teraz stoi to nadrobienie braków w edukacji. Niestety mimo wszystkich ciepłych słów, jakie się mówi w Polsce o polskim szkolnictwie wyższym, w rzeczywistości okazuje się, że jego poziom jest zawstydzająco niski. Ilość rzeczy, których nie nauczyłam się na studiach, jest tak duża, i dotyczy tak podstawowych zagadnień, że zwyczajnie wstyd mi za to, że w Polsce byłam uważana za dobrze wykształconą i poinformowaną. Co więcej studia na dobrej przecież uczelni, nie dały mi nawet podstawowej przewagi osoby z wyższym wykształceniem, czyli umiejętności korzystania ze źródeł. Fakt, że w Polsce jest zwyczajnie trudniej o dobre źródła niż tutaj (choćby dlatego, że nie ma BNFu) ale w związku z tym powinno się kłaść szczególny nacisk na nauczenie znajdowania informacji, a nie zaniedbywać tą umiejętność... W skrócie mówiąc, z perspektywy czasu mam co raz gorsze zdanie o własnym wykształceniu i uważam, że uzyskany wynik nie był wart 5 lat studiowania.

Nie płaczę jednak nad rozlanym mlekiem i nie użalam się nad sobą i niesprawiedliwością świata, tylko mam zamiar nadrobić braki.

Czytanie po angielsku idzie mi już całkiem dobrze (szczególnie czytanie literatury branżowej, bo z piękną nadal nie daję rady), także mogę w pełni czerpać z tutejszych zasobów. Mam do zrobienia kilka kursów no i mam BNF, który jest pełen nowych dla mnie informacji. Na razie mi to wystarczy, szukać nowych źródeł informacji mam zamiar nauczyć się w między czasie :)
Kiedy już wiem co chcę zrobić i mam do tego narzędzia pojawia się inny problem. Nie mam czasu.

Na razie podczytuję BNF na przerwie w pracy.

A jeszcze powinnam uczyć się angielskiego...


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

po treningu - jestem farmaceutką

Od czwartku jestem praktykującą farmaceutką w aptece na Forbes Road, czyli w innej, niż byłam szkolona.


Końcówka mojego treningu nie była ani trochę udana. Można wręcz powiedzieć, że była wielką porażką i opóźniła cały proces. W ciągu ostatnich dwóch tygodni powinnam skupić się na głównym zajęciu farmaceuty, czyli na sprawdzaniu recept - wielkim stawianiu haczyków. Program zakłada, że powinnam sprawdzić 1500 pozycji i nie przeoczyć żadnej poważnej pomyłki, takiej jak dawka leku, ilość, sposób dawkowania i data ważności. Mogę popełnić najwyżej 3 mniej poważne pomyłki - jak forma leku, np. jak przeoczę, że na recepcie są kapsułki, a w koszyku tabletki, to to jest taka mniej poważna pomyłka.

Jak już pisałam wcześniej: rola farmaceuty polega na sprawdzaniu, czy wszystko się zgadza i stawianiu haczyków. Wygląda to tak:
1/ Sprawdzam receptę - czy data jest ok, czy jest podpis lekarza i wszystkie dane
2/ czytam jaki jest pierwszy zapisany lek
3/szukam go w koszyczku - porównuję nazwę i dawkę
4/czytam naklejkę - porównuję nazwę i dawkę leku z tą na opakowaniu i recepcie, sprawdzam, czy dawkowanie leku i nazwisko pacjenta są takie same jak na recepcie
5/sprawdzam datę ważności
6/sprawdzam ilość tabletek w opakowaniu
powtarzam ten algorytm dla wszystkich pozycji na recepcie
potem pakuję wszystko do torby, sprawdzając jeszcze raz, czy mam odpowiednie leki, w odpowiedniej ilości
w między czasie, albo na końcu przeglądam wszystkie recepty dla danego pacjenta pod kątem merytorycznym - czy nie ma interakcji, czy dawki nie są przekroczone i ogólnie czy wszystko gra.
w czasie szkolenia, po moim sprawdzaniu, koszyczek przejmował farmaceuta i sprawdzał jeszcze raz, czy nie przeoczyłam jakiś niezgodności.

Oczywiście przeoczyłam.

To, że na początku robiłam pomyłki mnie nie martwiło i rozumiałam, że po to jest to szkolenie, żeby mnie nauczyć na co zwracać uwagę. Niestety moje przeoczanie nie ustało po kilku dniach, a wręcz zaczęłam przeoczać poważniejsze niezgodności... Na przykład nie zauważyłam, że w jednej z przegródek w kasetce z lekami są dwie tabletki zamiast jednej, przegapiłam, że dawkowanie na recepcie mówi: 2 tabletki 3 razy dziennie przez 4 DNI a nie TYGODNIE, jak było na naklejce i tak dalej... Już mieli mnie wypisać, ale musiałam zaczynać sprawdzanie od nowa. i po kilkuset dobrze sprawdzonych - jeszcze raz i jeszcze raz. Mój trening się przedłużał i czułam się co raz gorzej. W końcu ktoś stwierdził, że za długo już siedzę na tym szkoleniu i potrzebują nowego farmaceuty. Został więc ustalony nowy termin do którego mam się wyrobić i rzeczywiście zostałam wypisana w środę po południu, mimo tego, że od ostatniej pomyłki sprawdziłam zaledwie niecałe 600 leków.
Wiedza o tym, że wypisano mnie nie dlatego, że się dobrze sprawowałam, ale dlatego, że potrzebowali nowego pracownika, w połączeniu ze świadomością, że skupianie się długo na jednej czynności i wykonywanie jej precyzyjnie, dokładnie i uważnie nie jest moją mocną stroną, sprawił, że cały entuzjazm z jakim wypatrywałam nowej pracy się ulotnił. Z jednej strony wiedziałam, że dam sobie radę - nie czuję się w żaden sposób gorsza od innych farmaceutów. Z drugiej jednak strony straciłam coś ze swojej pewności siebie i nie wiedziałam jak to będzie... Bałam się, że nie sprostam stawianym oczekiwaniom i że coś źle zrobię. Pocieszało mnie tylko to, że moja managerka z Forbes Road - Debbie jest doświadczona i będzie znała odpowiedź na większość pytań, także odciąży mnie z części obowiązków i pomoże w trudnych początkach.
Tak się faktycznie stało. Pracowałam jak na razie 3 dni - od czwartku do soboty. Zespół jest bardzo fajny i mocno mnie wspiera. Ale zanim o tym, napiszę najpierw o normalnych stosunkach farmaceuty z personelem.

Struktura jest tak zorganizowana, że na wszystko są procedury, które definiują dokładnie rolę, zakres obowiązków i  odpowiedzialności każdego z pracowników. Na szczycie piramidy zawsze stoi farmaceuta. To farmaceuta ustala co, jak, przez kogo i kiedy ma być robione. Farmaceuta podejmuje decyzje, a wszyscy inni pracownicy do niego zwracają się we wszystkich nietypowych sytuacjach. Jest też odpowiedzialny za całe przedsiębiorstwo i płynność jego działania - w tym zakresie jego obowiązki zazębiają się z managerem. Generalnie rozróżnienie pomiędzy managerem, a farmaceutą nie jest zbyt wyraźne. Niby manager jest kierownikiem, ale to farmaceuta odpowiada i kieruje wszystkimi czynnościami związanymi z lekami (czyli większością czynności apteki). Zdaję się, że manager ma czuwać nad tym, czy wszyscy pracownicy (łącznie z farmaceutą) dobrze pracują, ale to farmaceuta jest osobą odpowiedzialną, szczególnie za część merytoryczną działalności apteki. Farmaceuta jest też jedynym całkowicie samodzielnym pracownikiem - pozostali mogą działać jedynie w zwyczajnych sytuacjach, ramach ustalonych procedur - każda ścieżka postępowania zawiera instrukcje zwrócenia się do farmaceuty w razie jakichkolwiek problemów czy wątpliwości. Farmaceuta też ma na większość rzeczy procedury, ale też ma jako jedyny możliwość użycia swojego "zawodowego osądu" (professional judgement) i podjęcia niezależnej decyzji w nietypowej sytuacji.
Dobrze ten stan rzeczy ilustruje fakt, że bez farmaceuty apteka nie może się otworzyć, a pracownicy nie mogą nic robić - nawet rozkładać przyjętego towaru na półki, nie mówiąc już o realizowaniu recept czy wydawaniu leków. Co więcej, jeśli farmaceuta w ciągu dnia wyjdzie z apteki, dozwolone czynności ograniczają się do sprzedaży leków zakwalifikowanych jako dostępne do sprzedaży bez recepty i bez nadzoru farmaceuty i do przyjmowania recept do realizacji później. Nie można natomiast sprzedawać żadnych innych leków ani nawet wydać pacjentowi leków wcześniej przygotowanych i sprawdzonych przez farmaceutę.
Taka rola wiąże się też z odpowiednim nastawieniem i podejściem reszty personelu. Można ogólnie powiedzieć, że farmaceutę się szanuje. Nie wchodzi się mu w drogę, nie przeszkadza i grzecznie czeka, na to żeby znalazł czas, żeby ci odpowiedzieć. Nie komentuje się też zachowań ani decyzji farmaceuty, a już na pewno się go nie krytykuje. Jedynie manager może sobie pozwolić na zwrócenie mu uwagi ale i to tylko w kwestiach niemerytorycznych, bo w merytorycznych słowo farmaceuty jest święte i ostateczne. (farmaceuta jest też jedyną osobą, która ponosi odpowiedzialność za to co się dzieje w aptece).


Dla żółtodziobego farmaceuty, takiego jak ja, może to oznaczać całkowitą katastrofę. Może być tak, że wszyscy pracownicy, zamiast ci pomóc i podpowiedzieć w pewnym sensie wypną się na ciebie mówiąc, że to od Ciebie zleży i zrobimy tak jak Ty powiesz. Jak nie wiedziałeś jak zrobić, to dalej nie wiesz.
Ale w moim przypadku na szczęście jest inaczej. Po pierwsze Debbie nie krępuje się powiedzieć mi jak i co mam robić i też zwraca mi uwagę, jak czegoś nie dopatrzę. Dotyczy to raczej drobnych rzeczy, typu bałaganu czy spraw organizacyjnych, ale i tak. Inni pracownicy (Emilly i Natalie) też nie zostawiają mnie samej z decyzją, tylko mówią mi jakie mam opcje i sugerują jak najlepiej zrobić, przy czym ostateczną decyzję zostawiają mi i się do niej stosują. Generalnie mnie wspierają, zostawiając mi pole do użycia wiedzy i zadecydowania. Nie wiem czy wyrażam się jasno, więc posłużę się przykładem:

Miałam receptę na fentanyl (pochodna morfiny) w plastrach i na recepcie było: 5 opakowań po 5 plastrów.
Ilość nietypowo duża, lek który może być potencjalnie nadużywany. Mówię więć do Emilly:
-dużo tego fentanylu, nie wiesz czy na pewno miało być aż tyle?
Emilly: nie wiem, możemy sprawdzić czy wcześniej tyle miała. ... Ostatnio miała 3 opakowania.
Ja: to dalej nie wiadomo, czy miała mieć tak dużo...
Emilly: Możesz zadzwonić do przychodni i zapytać ile miało być.
Była to jednak sobota, więc nie można było tego planu wcielić w życie, więc postanowiłam wydać tylko jedno opakowanie i odłożyć ostateczną decyzję do czasu skontaktowania się z lekarzem.
Tymczasem pacjentka przyszła po swoje leki i Emilly z nią rozmawiała. Zapytała się czy miało być 5 opakowań, czy 5 plastrów i powiedziała, że reszta będzie do odbioru później. Pacjentka potwierdziła, że miało być 5 opakowań, że ona już to bierze od lat. Po tej rozmowie, Emilly uznała więc, że to jest satysfakcjonująca odpowiedź i zaczęła przygotowywać te pozostałe cztery opakowania do odbioru później (czyli już sama wiedziała co powinno się zrobić) ale zanim to zrobiła, zapytała się mnie, czy słyszałam co mówiła ta pacjentka, i czy chcę mimo to zadzwonić do lekarza. Także ostateczną decyzję zastawiła całkowicie w moich rękach, nie pozostawiając mnie jednak samej z problemem.

Jestem więc ogólnie zadowolona z nowej, samodzielnej pracy i czuję się dobrze.